CZWARTEK KINOMANA

Ziemia nie całkiem obiecana: „Imigrantka” w reż. Jamesa Greya

Melodramat, który nie wyciska z oczu ani jednej łzy. Utkana ze stereotypów opowieść o niedolach emigracji. Imigrantka to film rozczarowujący, niewątpliwie jednak warty obejrzenia, choćby ze względu na piękne zdjęcia, i boską Marion Cotillard.

New Jersey, 1921 rok. Dwie Polki, Ewa i Magda, przybywają do Ameryki z ogarniętej powojenną traumą Europy. Chora na gruźlicę Magda zostaje zatrzymana w kwarantannie, jej siostra zaś trafia pod „opiekę” tajemniczego Bruna. Owa tajemniczość szybko się zresztą ulatnia, a Bruno daje się Ewie poznać jako impresario w podrzędnym teatrzyku ze streaptisem, będącym jednocześnie równie niskiej klasy burdelem. Nie musi także długo naciskać na Ewę, by dołączyła do grona jego „gołąbeczek”. Zgwałcona podczas podróży, obarczona opinią kobiety upadłej, wreszcie opuszczona przez konserwatywne wujostwo kobieta szybko orientuje się, że Ameryka pokazała jej środkowy palec, i zamiast rajskiego życia czeka ją brutalna walka o przetrwanie. Walka, w której w specyficzny sposób, wspiera ją Bruno, będący bodajże jedynym w tym filmie bohaterem z krwi i kości. Ani złym, ani dobrym, toczącym własną walkę, i na swój sposób kochający Ewę. Bruno śnił niegdyś ten sam imigrancki sen co Ewa, i tak samo jak ona został z niego brutalnie wyrwany. Teraz zaszedł już zbyt daleko w kłamstwie i niegodziwości, aby móc zawrócić. Trudno oprzeć się wrażeniu, że czysta, pomimo bagna, w którym zmuszona była się zanurzyć, Ewa jest dla Bruna rodzajem katharsis. Pomagając jej wydostać siostrę z kwarantanny sam sobie udowadnia, że Ameryka nie zabiła w nim człowieczeństwa. Bruno jest człowiekiem, który zmuszony jest wszystko wyrywać życiu pazurami, w przeciwieństwie do również zakochanego w Ewie magika Orlanda. Przystojnemu utracjuszowi wszystko zdaje się bowiem przychodzić z łatwością.

Obrazek

Naprawdę szkoda, że w tak dobrze zapowiadającym się melodramacie zabrakło…melodramatu. Napięcie między trójką bohaterów powinno roznosić ekran, tymczasem mam wrażenie, że więcej namiętności można znaleźć w Klanie czy M jak miłość. Po części jest to, prawdopodobnie, wina kulawych dialogów, które momentami aż rażą sztucznością. Po części także samej Ewy, dla której Orlando jest wyłącznie bratnią duszą w nieprzyjaznym świecie, a Bruno zbłąkaną owieczką z nadziejami na zbawienie. Ewa nigdy bowiem nie utraciła swojej niewinności i nadziei na wyjście z rynsztoka. Nocami prostytutka, w dzień skromnie ubrana i uczesana kobieta, w święta – bogobojna chrześcijanka udająca się do kościoła na mszę. Marion Cotillard jest, zresztą, w roli naiwnej, rozmodlonej Polki tak wzruszająca, a jej polski tak uroczy, że gdybym była prezydentem z miejsca dałabym Jej polskie obywatelstwo. I nie ma się co zżymać, że postać Ewy zbudowana jest wyłącznie ze stereotypów – taka prawda, że emigracja polityczna, a więc intelektualistów z wyższych warstw społecznych, miała miejsce nieco wcześniej. W latach 20′ w Ameryce szukali szczęścia głównie ludzie prości i biedni, z Matką Boską w sercu i na ustach. Problem tylko w tym, że uczynienie takiej postaci centrum miłosnego trójkąta po prostu nie mogło zadziałać. Zamiast pełnej pasji opowieści o miłości i namiętności wyszło żywotopisarstwo świętych.

Ogromną zaletą filmu jest natomiast jego strona wizualna. Utrzymane w kolorystyce sepii zdjęcia pięknie oddają klimat lat 20′; ograniczenie miejsca akcji niemal wyłącznie do ciasnych, zamkniętych pomieszczeń, wywołuje u widza wrażenie klaustrofobii i podkreśla smutek i cierpienie psychiczne Ewy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s