KSIĄŻKI

Zatoichi à la polonaise: „Takeshi. Cień śmierci” Mai Lidii Kossakowskiej

Takeshi. Cień śmierci to opowieść o Japonii, która nie jest Japonią. Odrealnienie Kraju Kwitnącej Wiśni pozwoliło autorce nie tylko wykreować fantastyczny świat, ale i wytrąciło argumenty z rąk co bardziej czepliwym znawcom japońskiej kultury. Ja swój pierwszy kontakt z polską fantastyką uważam za na tyle udany, że czepiać się nie zamierzam. No, może troszeczkę…

Maja Lidia Kossakowska całkowicie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się baśni w stylu Opowieści rodu Otori, a otrzymałam krwawą historię na modłę Zatoichi. Historię o świecie pełnym przemocy, wynaturzenia i nienawiści, świecie będącym swoistą hybrydą współczesności i średniowiecznej Japonii. Rzecz dzieje się bowiem w Wakuni, ale nie pytajcie mnie czym owo Wakuni jest. To miejsce w Nowym Świecie, które jedną nogą tkwi w przeszłości, a drugą w przyszłości. Przeszłość to średniowieczna Japonia z walkami klanów, przepychankami między panami feudalnymi, wojną domową zakończoną słynną bitwą pod Sekigaharą. W kraju dominuje buddyzm, ale starzy bogowie shinto nie dają o sobie zapomnieć. Cesarz jest tylko symbolem, realna władza znajduje się bowiem w rękach shoguna. Jednocześnie bohaterowie powieści korzystają w pełni ze zdobyczy współczesnej techniki. W tym ogarniętym chaosem świecie swojego miejsca szuka Takeshi – wojownik w przebraniu wędrownego artysty, okrzyknięty zdrajcą uciekinier z Zakonu Czarnej Wody. Niestety, przeznaczenie i wewnętrzna potrzeba chronienia słabszych pakują go w coraz to nowe kłopoty. Takeshi trafia do Zimnej Wody – wioski, w której nieoficjalne rządy sprawują dwie kobiety: urocza, acz głupiutka córka wójta Haru, oraz okrutna Mariko. Dla jednej z nich wędrowny artysta stanie się obiektem bezgranicznej miłości, dla drugiej – równie wielkiej nienawiści. Obie staną się też przyczyną, dla której Takeshi, częściej niż po pędzel i farby, będzie musiał sięgać po miecz.

DSC_0918ok
fot. Blanka Katarzyna Dżugaj

Miłośnicy powieści akcji będą zachwyceni, krew leje się bowiem obficie, a trup ściele gęsto. Ów brak spokoju, który tak przygnębia Takeshiego z pewnością cieszy czytelników. Akcja toczy się bowiem wartko i obfituje w liczne i nagłe zwroty. Może nawet zbyt liczne, bo chciałoby się czasem zwolnić, po japońsku napawać się opisami piękna przyrody lub architektury… Ruth Benedict po przeczytaniu tej powieści powiedziałaby zapewne: jest miecz, ale nie ma chryzantemy. Ale przecież to nie Japonia, a ja miałam się, w tym zakresie,  nie czepiać. I nie czepiam się szczerze, bo jako miłośniczka wszelakich fuzji literacko-kulturalnych kupuję pomysł Kossakowskiej bez zastrzeżeń. Przekonuje mnie sposób, w jaki czerpie motywy z kultur Dalekiego Wschodu i miksuje je ze współczesnością. Na plus należy też poczytać Kossakowskiej plastyczny język, którym maluje swój świat przed czytelnikiem. Kossakowska pisze obrazowo, ale jej styl jest oszczędny, momentami niemal ascetyczny. Jedynym jego mankamentem jest nagromadzenie wyrazów dźwiękonaśladowczych, których szczerze nie cierpię. Powieść jest właściwie gotowym scenariuszem filmowym, chociaż mam nadzieję, że polskie kino będzie się od niej trzymać z daleka.

Brzmi fantastycznie? W takim razie czas na łyżkę dziegciu. A nawet całą chochlę, bo zarzut mam poważny. Otóż, mam wrażenie, że Maja Lidia Kossakowska nie lubi kobiet. Z wyjątkiem pani Kitsune wszystkie bohaterki powieści to albo psychopatki albo kompletne idiotki. Rozumiem, że w męskim świecie wykreowanym przez Kossakowską, kobiety stanowią jedynie tło dla poczynań pierwszoplanowych wojowników. Ale nawet jako tło mogłyby mieć choć kilka szarych komórek.

Mam nadzieję, że stwierdzenie „nieważne jak zaczyna, ważne jak kończy” odnosi się także do pisarzy. Takeshi. Cień śmierci jest bowiem pierwszym tomem trylogii, w dodatku tomem ze szczękoopadającym zakończeniem, które budzi apetyt na więcej. Oby owo „więcej” było równie dobre jak początek.

Reklamy

4 thoughts on “Zatoichi à la polonaise: „Takeshi. Cień śmierci” Mai Lidii Kossakowskiej

  1. Po głębokim namyśle i przywołaniu z otchłani pamięci innych dzieł Kossakowskiej muszę się zgodzić – ta kobieta nie lubi kobiet! W serii anielskiej są to albo słodkie, głupiutkie ślicznotki (czarodziejki w dodatku, i to takie, które trzeba ratować z opresji), albo psychopatki, knujące i plujące jadem. W Zakonie Krańca Świata podobnie, w Rudej Sforze chyba nawet nie było wyrazistej postaci kobiecej – a jak była, to nie pamiętam, a więc i tak niezbyt udana. Za to mąż Mai Lidii, Jarosław Grzędowicz, radzi sobie lepiej: Pan Lodowego Ogrodu daje nam przynajmniej dwie silne kobiety, w tym jedną kompletnie równouprawnioną! Druga wprawdzie jest szalona i uczy wszystkich w pobliżu śpiewać hiszpańskie ballady, ale nie można mieć wszystkiego 😉

      1. Polecam, niezły (i rzadki) mariaż science-fiction i fantasy, okraszony kulturą nordycką i wcielonymi obrazami Boscha – tylko nie zaczynaj, o ile nie jesteś gotowa zarezerwować sporo czasu na cztery tomy i przeżyć potężnego książkowego kaca jak się skończą 😉

      2. Teraz to już mam ochotę wybiec z pracy i pobiec prosto do księgarni 😀 a co do czasu: właśnie strzeliłam sobie w stopę – zabrałam się za powieść Elżbiety Cherezinskiej i płacze, bo zamiast czytać musze być w pracy 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s