CZWARTEK KINOMANA · KSIĄŻKI

Ptysiulek i maca: „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego

Zygmunt Miłoszewski lubi wkładać kij w mrowisko. Jak nie esbeckimi teczkami to polskim antysemityzmem. W Ziarnie prawdy bierze na tapetę legendę o rytuale krwi i tworzy wyjątkową mieszankę grozy i czarnego humoru. Świetnie zrozumianą i przełożoną na język filmowy przez Borysa Lankosza.

Sandomierz, 2009 rok. Prokurator Teodor Szacki stracił wszystko: rodzinę, kochankę, przyjaciela i karierę w Warszawie. Na własne życzenie, z czego aż nazbyt dobrze zdaje sobie sprawę. Nie wiedząc jak pokierować swoim życiem po rozwodzie, pod wpływem impulsu, postanawia przeprowadzić się do Sandomierza. Nowa mała ojczyzna szybko jednak przekształca się w jego oczach z urokliwego miasteczka w zapyziałą dziurę, w której życie zamiera po godzinie 18. Szacki nie może znaleźć satysfakcji ani w relacjach z kolejnymi kobietami, ani w pracy, gdzie zajmuje się głównie wypadkami na obwodnicy. W dodatku karmiony przez szefową własnoręcznie pieczonymi ciastami i ptysiulkami zaczyna delikatnie przybierać na wadze, w kraju trwa wiosna przypominająca raczej zimę, a kilkuletnia córka prokuratora woli spędzać czas w podwarszawskiej willi nowego partnera mamy, niż w małym mieszkanku ojca w Sandomierzu. Nudną egzystencję z dnia na dzień coraz bardziej gorzkniejącego prokuratora przerywa brutalne morderstwo lokalnej działaczki społecznej. Całkowicie pozbawione krwi ciało kobiety zostaje porzucone przed dawną synagogą, a w jego pobliżu policja znajduje nóż do rytualnego uboju zwierząt. W mieście zaczyna narastać antysemicka histeria, a wraz z powrotem legendy o żydowskim rytuale krwi i porywaniu dzieci, po ulicach zaczynają krążyć demony przeszłości. Nawet Szacki, wspierany przez prokurator Barbarę Sobieraj i komisarza Leona Wilczura, zmuszony jest w pewnym momencie podążyć tym tropem.

Ziarno prawdy3-2

Arabskie przysłowie mówi, że gdy prawda puka do drzwi, kłamstwo ucieka przez okno. W Sandomierzu kłamstwo zadomowiło się jednak do tego stopnia, że nie ma najmniejszego zamiaru uciekać. Wręcz przeciwnie: mości się wygodnie, za towarzystwo mając niedopowiedzenia i uniki. W końcu, jak twierdzi stary prokurator Szott, wszyscy kłamią, a Szacki musi się nauczyć znajdować ziarno prawdy nawet tam, gdzie go pozornie nie ma. W Ziarnie prawdy Zygmunt Miłoszewski po raz kolejny przeprowadza rachunek sumienia polskiego społeczeństwa, wyciągając z sandomierskich podziemi małomiastczkową obyczajowość, podskórny antysemityzm i dziwnie pojmowany patriotyzm (czytaj: nacjonalizm). Obrywa się wszystkim: politykom, działaczom społecznym, dziennikarzom i tzw. Kowalskim, którzy pielęgnują w sobie tradycyjną nadwiślańską żółć. Druga część opowieści o prokuratorze Szackim to jednak nie tylko rozliczenie z różnie definiowaną polskością, ale także kawał świetnej literatury. Jest tu wszystko za co pokochałam Miłoszewskiego po Uwikłaniu: błyskotliwe dialogi, wyrafinowany humor, świetny styl narracji, a przede wszystkim genialnie skonstruowane postacie. Większość z nich utkana jest ze stereotypów, jednak dzięki talentowi autora, żadna nie razi sztucznością. Ziarno prawdy jest powieścią znacznie bardziej mroczną niż Uwikłanie, ale i znacznie bardziej wciągającą. Nie tylko dzięki świetnie skonstruowanej kryminalnej intrydze, ale także wyjątkowemu połączeniu pełnej grozy powagi z ciętym dowcipem. Na szczęście, to samo można powiedzieć o jej ekranizacji.

Oczekiwania co do filmowej wersji Ziarna prawdy miałam skromne: chciałam tylko, żeby Szacki nie był Szacką. Borys Lankosz moje nadzieje spełnił, a nawet dodał bonus. W efekcie wyszedł mu bardzo dobry, mroczny kryminał na światowym poziomie. Ale po kolei. Pierwszy plus należy się Lankoszowi za wierność literackiemu pierwowzorowi. Zmiany są, i nie ma się co dziwić – film nie może pomieścić wszystkich powieściowych wątków, bo musiałby trwać kilka godzin. A to mogłoby być sporym wyzwaniem nawet dla najbardziej zagorzałych kinomanów. Niemniej jednak Lankosz, przy współudziale Miłoszewskiego, stworzył scenariusz całkowicie zachowujący nie tylko klimat, ale i fabułę powieści. Na otarcie łez po pominięciu postaci Marka Dybusa, ptysiulków pani prokurator Misi, czy rozmiłowanej w erotycznych zabawach sędzi, widz dostaje zwariowanego miłośnika broni białej. W książce postać ta ukrywała się tylko za jednym mailem skierowanym do Szackiego, w filmie otrzymała rysy genialnego Arkadiusza Jakubika. Niedoszły biegły sądowy pojawia się na ekranie ma przysłowiowe 5 minut, ale jest to 5 minut, których może pozazdrościć niejeden aktor pierwszoplanowy. Przyczepić mogłabym się tylko do zredukowania obecności na ekranie Basi Sobieraj. Sandomierska prokurator stanowiła w książce jedną z głównych postaci, nie tylko jako kolejna, potencjalna (lub nie, tego nie zdradzę) partnerka Szackiego, ale jako jego przewodniczka po małomiasteczkowej mentalności. W filmie jest tylko nic nie znaczącym ozdobnikiem.

7651726.3
Plakat do filmu „Ziarno prawdy” w reż. Borysa Lankosza.

Drugi plus Borys Lankosz dostaje ode mnie za obsadę. Przede wszystkim posypuję głowę popiołem, klękam na grochu, z rozkoszą odszczekuję swoje marudzenia co do wyboru Roberta Więckiewicza do roli białowłosego prokuratora. Fakt, Więckiewicz przez dwie godziny zachwyca kruczoczarną czupryną, ale jest w stu procentach Szackim – zgorzkniałym, twardym i zupełnie nieradzącym sobie z kobietami facetem w średnim wieku. Aktor, który powinien otrzymać status polskiego dobra narodowego, nadał prokuratorowi rys niebezpiecznej, ale pociągającej męskości, nieobecny u literackiego pierwowzoru. Trzeci plus Lankosz dostaje za urocze oczko puszczone do widzów, którzy mieli niefart oglądania Uwikłania. Była żona Szackiego mówi w Ziarnie prawdy głosem Mai Ostaszewskiej, która w ekranizacji pierwszego tomu powieści o warszawskim prokuratorze kreowała główną rolę. Czyli prokuratora Teodora Szackiego. Który z niejasnych przyczyn stał się Agatą Szacką. Taki dżender po polsku. Scena z zakładaniem nogi na nogę, nawiązująca do Nagiego instynktu, też przypomina widzom, że Teodor był kiedyś Agatą.

Dobrą robotę zrobił też Łukasz Bielan, którego fantastyczne zdjęcia podkręcają klimat grozy wykreowany przez Miłoszewskiego, a filmowi nadają estetykę klasycznego kina noir. Sandomierz nocą i we mgle bardziej przypomina Londyn Kuby Rozpruwacza, niż nadwiślańską atrakcję turystyczną. A wszystko to podkreślone świetną ścieżką dźwiękową Abla Korzeniowskiego. Czas na łyżkę dziegciu? Tym razem będzie jednak malutka, bardziej wielkości łyżeczki do herbaty niż do zupy. Brakuje Basi Sobieraj, w kilku momentach fabuła jest zbyt skrótowo potraktowana, co sprawia że niektóre niuanse zrozumieją tylko osoby, które czytały powieść, a finał jest zbyt pośpieszny. Odniosłam wrażenie, jakby scenarzyści nagle zorientowali się, że konczy im się czas. Niemniej jednak nie dziwię się Zygmuntowi Miłoszewskiemu, który chwalił Ziarno prawdy. Faktycznie, udał się ten film Lankoszowi. A po opiniach niektórych internautów widzę, że pisząc o polskim piekiełku Zygmunt Miłoszewski nie był daleki od prawdy.

Ring! Książka vs Film: 1:1

Reklamy

6 thoughts on “Ptysiulek i maca: „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego

  1. Kurcze, no! zewsząd Miłoszewski wola. Już dłużej nie będę mogła się opierać 😉 I koniecznie muszę teraz obejrzeć ekranizacje, bo ciekawa jestem tego dzender i nagiego instynktu w polskiej wersji 😀

    1. Nie opieraj się, przeczytaj koniecznie 🙂 świetne książki – ja czytałam dwie pierwsze, „Gniew” jeszcze przede mną, pewnie długo nie wytrzymam. Ale nie oparłam się namowom co do Bondy i w księgarni Muzy już czeka na mnie „Pochłaniacz”, więc najpierw tę książkę przeczytam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s