KSIĄŻKI

Holocaust szarych komórek, czyli Blanka czyta „50 twarzy Greya”

Przegrałam zakład. W przyczynę mojej hazardowej lekkomyślności wnikać nie zamierzam, dość, że kara była dotkliwa. Musiałam bowiem przeczytać 50 twarzy Greya. A że najwyraźniej udzieliły mi się sadystyczne skłonności tytułowego bohatera, postanowiłam, że pocierpicie razem ze mną. Oto moje wrażenia z lektury, dzień po dniu:

Dzień pierwszy.

Świetnie się bawię. 50 twarzy Greya to najlepsza parodia powieści erotycznej, jaką w życiu czytałam. Także jedyna, ale nie czepiajmy się szczegółów. Grunt, że jest świetna i ma wszystko to, co powinna zawierać przyzwoita parodia. Przede wszystkim bohaterka. Serio, Anastasia Steele to – parafrazując słowa klasyka – kuriozalne kuriozum. Aktywność tego płochliwego niczym sarna dziewczęcia sprowadza się praktycznie do dwóch czynności: rumienienia się i przygryzania wargi. Ana potknie się na całkowicie płaskiej powierzchni, a w drewnianym kościele spadnie jej na głowę cegła. Nie wiem jeszcze czy rozkoszna heroina do kościoła chadza, ale częstotliwość z jaką wzywa świętego Barnabę każe przypuszczać, że jak najbardziej chadza. Bez wątpienia chadza natomiast do sklepu żelaznego, gdzie dorabia sobie jako ekspedientka po zajęciach na uniwerku. Ana właśnie kończy studia, mieszka ze współlokatorką, jest niewinna jak mickiewiczowska dzięcielina – w przeciwieństwie do swojej matki, która zalicza właśnie czwarte małżeństwo. Ale idźmy dalej, bo czeka nas bohater tytułowy. I to nie byle jaki, Christian Grey mógłby bowiem zawstydzić samego Brahmę. Hinduistyczny bóg miał tylko cztery twarze, a pan Szary ma ich aż pięćdziesiąt. W dodatku niezwykle atrakcyjnych. W młodym biznesmenie wszystko jest zresztą atrakcyjne, począwszy od wypielęgnowanych paznokci, na markowych ciuchach kończąc. Oczywiście, rezyduje w biurze, które rozmiarem przypomina Biały Dom, świetnie pilotuje śmigłowiec, a po godzinach ratuje niepozorne studentki przed atakiem gwałciciela lub ulicznego chodnika. Jak już wiadomo, Anastasia cierpi bowiem na zespół pląsających kostek i nader często staje się celem ataku chodników, dywanów, wind i innych równie krwiożerczych istot. Dziękuję wszystkim bogom, że Ana nie jest stonogą, to by dopiero była piękna katastrofa… Ale, ale, do rzeczy. Otóż, współlokatorka naszej protagonistki marzy o karierze dziennikarki, wywiad życia musi jednak przeprowadzić za nią…zgadliście, Ana. Kate powaliła bowiem grypa, a nie wypada udać się na rozmowę z bogiem biznesu i seksapilu smarcząc w chusteczkę. Tak więc, Ana udaje się do jaskini lwa…

532

Dzień drugi.

Trochę się wygłupiłam. Twarze okazały się metaforą…. Christian Grey ma po prostu drugie oblicze, nieco bardziej mroczne niż wypielęgnowana w najdroższym spa buźka, którą pokazuje kontrahentom. Ale po kolei: po dwóch dniach znajomości Ana jest już absolutnie, nieodwołalnie i na zabój zakochana w Christianie, co objawia się jeszcze większą niemotą niż dotychczas. Dziewczyna wgapia się w Greya jak sroka w gnat, olewa takie drobnostki jak kobieca godność nakazująca choć odrobinę skrywać uczucia. Feministki całego świata muszą wyć z rozpaczy. Panna Steele drwi sobie jednak ze zdobyczy feminizmu – obce są jej flirty i kobiece gierki, ona marzy o białej sukni i spacerze kościelną nawą. Który jak nic zakończyłby się potknięciem o wystający z podłogi kafelek. Mina jej nieco rzednie, gdy poznaje ową mroczną stronę Greya, która oczywiście, dotyczy jego obyczajów godowych. Otóż, pan Szary – tu cytat – nie kocha się, lecz pieprzy (najlepiej przyduszając partnerkę poduszką). Dla niewinnej Any jeden raz robi jednak wyjątek i pozbawia ją dziewictwa w tradycyjny sposób. Ana rozpada się na kawałki, zaskoczona, że mężczyzna dotknął ją TAM (kolejny cytat). Potem jednak Grey podsuwa dziewczynie do podpisania kontrakt na miłosne tortury. Czyli…zaraz się zapewne dowiem o co chodzi w fenomenie tej powieści.

Dzień trzeci.

Zaczynam żywić mroczne przeczucie, że 50 twarzy Greya to jednak nie jest parodia, mój mózg nie jest jednak w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że ktoś mógłby napisać taką szmirę na poważnie.

Przy scenie, gdy Christiana i Anę nakrywa w łóżku matka Greya trzymam się jeszcze tej nadziei. Niestety, rozwiewa ją koleżanka: to jest na poważnie. Matkoboskajózefieświętyjezuchryste, widzisz to i nie grzmisz? Spieszę wyjaśnić, że nie jestem drobnomieszczańskim kołtunem, którego brzydzi kontrowersyjny temat, wręcz przeciwnie. Powieść pani James to jednak grafomania pierwszej wody… Nawet harlequiny bywają lepiej napisane….

fifty-shades-of-grey-poster-dt
Plakat do filmy „50 twarzy Greya” w reż. Sama Taylora-Johnsona.

Dzień czwarty

Zastanawiam się nad wizytą u seksuologa, lub przynajmniej psychologa. Miłośniczki prozy E.L. James twierdziły, że nie były w stanie czytać jej dzieła w komunikacji miejskiej, bo wszyscy współpasażerowie widzieli jak rumienią się z pożądania. Ja co najwyżej duszę się ze śmiechu. Nic to. Przeczytałam dopiero 270 stron, następne na pewno zwalą mnie z nóg.

Dzień piąty

Zwaliły. Niestety, nie z zachwytu.

Dzień szósty

Pochłonięta rozterkami co do prawdziwej natury powieści pani James zapomniałam napisać co się dzieje u naszych bohaterów. Spieszę naprawić ten błąd: otóż mimo wyuzdanych praktyk seksualnych jakich doświadcza, Ana pozostaje sobą. Czyli kretynką jakich mało. Wgapia się w Christiana jak dawniej, już nie błaga o pocałunki, ale cieszy się jak szczeniak na widok kości, gdy Grey za dobre zachowanie obiecuje jej orgazm w nagrodę (Orgazm! Kolejny! – krzyczy w duchu zachwycona Ana). Raz po raz rozpada się, oczywiście, na kawałki – zdolnością do regeneracji mogłaby zawstydzić nawet dżdżownicę. Raz na kawałki rozpadł się nawet pan Grey – Ana dostała szóstkę i była bardzo dumna z siebie.

images

Dzień siódmy

Zaczynam odczuwać ból głowy, co niechybnie jest oznaką rozpadu istoty – omen nomen – szarej w moim mózgu. Jedynym plusem jest fakt, że rozpadać przestała się Ana. Teraz, przy każdym jej zbliżeniu z Christianem, czytam o tańcu wewnętrznej bogini bohaterki. Owa bogini w ogóle jest niezwykle wręcz aktywna: tańczy sambę z krokami merenge, podskakuje z radości, gdy Ana dobrze sprawuje się w łóżku, pokazuje środkowy palec osobom nielubianym przez Anę, wykonuje salta niczym rosyjska gimnastyczka etc. Równie intensywne życie prowadzi podświadomość Any… Jednym słowem – minus 10 punktów dla autorki za żenujący poziom infantylności. Chciałabym w tym miejscu błagać o wybaczenie Paulo Coelho, którego dotąd uważałam za mistrza grafomańskiej prozy. Tymczasem przy dziele pani James dokonania Brazylijczyka to literatura godna nagrody Nobla.

Dzień ósmy

E.L. James usiłuje udawać, że napisała powieść, a nie – niezbyt udany zresztą – podręcznik technik seksualnych. Opisy łóżkowych szaleństw Any i Christiana przeplata więc fragmentami pozorującymi fabułę. W dodatku na wysokim poziomie pod względem psychologicznej wiarygodności postaci. Ana przeżywa więc rozterki natury moralnej, usiłuje podjąć decyzję czy zostać uległą Christiana, i odbiera dyplom ukończenia studiów. Grey natomiast ujawnia swoje kolejne twarze – nie dość, że został uwiedziony jako nastolatek, to jeszcze we wczesnym dzieciństwie cierpiał głód. Mamy więc bohatera tragicznego na miarę Hamleta lub Kordiana.

fifty-shades-of-grey-monday-erotica-workplace-ecards-someecards

Dzień dziewiąty

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dzień dziesiąty

Skończyłam. Fabułę powieści można podsumować następująco:

  • Ana przygryza wargę. Christian się podnieca. Ana dostaje klapsy w tyłek.

  • Ana przewraca oczami. Christian się wścieka. Ana dostaje klapsy w tyłek.

  • W każdym z wariantów wewnętrzna bogini Any odstawia hołubce ze szczęścia. Najwyraźniej autorka naczytała się literatury feministycznej. Szkoda, że niewiele z niej zrozumiała.

Efekty lektury: dostaję wysypyki alergicznej na dźwięk słów „wewnętrzna bogini”, „przygryzanie wargi”, „przewracanie oczami”.

Reasumując: to mogła być dobra powieść o budzącej się seksualności i patologicznej relacji miłosnej. E.L. James miała dobry pomysł, zabrakło jednak talentu albo chociaż porządnego warsztatu pisarskiego. Cała historia Any i Christiana zmierza, najprawdopodobniej, ku szczęśliwemu finałowi w stylu „miłość naprawi każdego popaprańca”. Nie będę jednak sprawdzać, czy moje przypuszczenia są słuszne. Wystarczy mi jedna przygoda z panem Szarym. Idę szukać lekarstwa na przyrost komórek mózgowych.

10991059_10153193432322873_4253647449122187184_n

Dzień dziesiąty bis.

Najwyraźniej masochizmem można się zarazić. W dodatku na skutek lektury książki….Tak, zgadliście – oglądam film na podstawie powieści E.L. James. Ja, moja wewnętrzna bogini oraz moja podświadomość przecieramy oczy ze zdumienia, nie mogąc uwierzyć jak świetnych filmowców zatrudnia wytwórnia Universal Pictures. O ile literacki (z trudem przechodzi mi to słowo przez pióro) pierwowzór był fatalny, o tyle film na jego podstawie jest tylko słaby. Fani powieści powinni być zachwyceni – scenarzystka, Kelly Marcel, trzymała się bowiem wiernie pierwowzoru papierowego. Tu i ówdzie dodała jednak nieco od siebie, dzięki czemu infantylne dialogi pani James momentami nabrały dowcipu i lekkości. Momentami. Świetną robotę zrobił także operator Seamus McGarvey, twórca zdjęć do takich hitów jak Anna Karenina czy Pokuta. W efekcie historia Any i Christiana jest nużąca i pretensjonalna, ale przynajmniej pięknie sfilmowana. Brawa należą się także Dakocie Johnson, która zdołała tchnąć nieco życia w irytująco mdłą postać Any Steele. Tyle plusów, czas na minusy. Pierwszy z nich to Jamie Dornan jako tytułowy Christian Grey. Perwersyjny milioner w wykonaniu Dornana stracił 49 odcieni i stał się płaski jak kartka papieru. Między nim a Dakotą Johnson nie ma choćby odrobiny erotycznej chemii, więc i seks wychodzi im nudny i pozbawiony napięcia. Jeśli to miało zachęcić widzów do łóżkowych eksperymentów to nie dziwię się już badaniom, które mówią, że ¾ współczesnych kobiet cierpi na kryzys pożądania. Drugi minus: scenariusz oparty jest na powieści E.L. James, więc choćby aktorzy, scenarzyści, i operatorzy stanęli na uszach, nie daliby rady zrobić z tego filmu wartego obejrzenia.

Reklamy

22 thoughts on “Holocaust szarych komórek, czyli Blanka czyta „50 twarzy Greya”

  1. Biedna, biedna Blanka! Ale ta notka jest tak cudownie zjadliwa, że moja wewnętrzna bogini tańczy sambę (z merengue, a nawet wymieszaną z salsą i bachatą) 😀 ❤

      1. Podziwiam Cię, że chce Ci się tak katować 😛 Chociaż ja też czytałam te „Kwiaty na poddaszu” i o dziwo nawet dotrwałam do końca, ale mam wrażenie, że mózg mi się od tego zlasował… Główną bohaterkę bym najchętniej zabiła 😛

  2. Padłam ze śmiechu 🙂 Będziesz czytać następne tomy? Bo podobno robi się jeszcze lepiej!
    Dla porównania proponuję trylogię o Śpiącej Królewnie Anne Rice.

    PS. Paulo Coelho jest Brazylijczykiem, nie Portugalczykiem 😉

    1. Olga, najpierw muszę wyjść z szoku pourazowego po pierwszym tomie 😛 Przed trylogią Anne Rice kilka osób mnie ostrzegało, pierwszy tom stoi na półce i czeka…może się wreszcie odważę, skoro już i tak mam za sobą Greya 🙂

      PS. Oczywiście! Już poprawione, dzięki za czujność 🙂

      1. Rzeczywiście, ostatnio niewiele się dzieje u mnie na blogu, ale zapewniam, że wciąż do Was zaglądam i …. czytam! Tylko jakoś weny brak 😦 A „50 twarzy…” potraktuję, jako wyzwanie 🙂 W końcu nie mogę zostać ostatnią osobą na tej planecie, która nie wie, o co chodzi w tej książce (filmie) 😀

  3. „Nic to. Przeczytałam dopiero 270 stron, następne na pewno zwalą mnie z nóg. Dzień piąty. Zwaliły. Niestety, nie z zachwytu.” … A ja padłam ze śmiechu. Dawno recenzja (w dodatku negatywna) nie poprawiła mi tak humoru jak Twoja. Hejcić trzeba umieć. 😀

  4. Hahaah! Dopiero teraz miałam czas przeczytać wpis w całości.
    Unikam jak ognia wszelkich publikacji na temat 50 twarzy, bo maglowany jest od kilku lat i stal się po prostu cholernie nudny. Tu zrobiłam wyjątek. I cieszę się, że go zrobiłam 😀 Blanka! Uwielbiam Cię 😀 😀

  5. Niby rok po czasie, ale dotarłam i tutaj. I mimo, że serię lubię, zapewniła mi mnóstwo rozrywki i zajęła nudne popołudnia, to śmiałam się do rozpuku, jak czytałam Twoją relację :d Kapitalna!

    I ja z kolei książki Anne Rice odradzam. Czytałam je z 5-6 lat temu i do dziś potrzebuję psychoterapii po trylogii o Śpiącej Królewnie czy „Ucieczce do Edenu”.

    1. Dziękuję bardzo – cieszę się, że możemy się tak pięknie różnić 😀 A co do Anne Rice – pierwszy tom od kilku lat stoi u mnie na półce, ale po kiepskich recenzjach i tym, co pani Rice ostatnio literacko wyprawia, jakoś nie mam odwagi… Mówisz, że „Ucieczka do Edenu” też taka kiepska? Szkoda 😦

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s