CZWARTEK KINOMANA

Wuxia w stylu zen: „Zabójczyni” Hou Hsiao-hsiena

Zabójczyni jest niczym chińskie malarstwo przeniesione na kinowy ekran. Zachwycające wizualnie, pod pełną prostoty elegancją skrywające głębokie emocje.

Chiny, IX wiek. Po latach spędzonych w klasztorze Nie Yinniang wraca na dwór w Weibo, gdzie się urodziła. Jako 10-latka została oddana pod opiekę ciotce-mniszce, której zadaniem było wyszkolenie dziewczynki na doskonałą zabójczynię. Przez wiele lat Yinniang spełniała swoją rolę, eliminując kolejne ofiary. Gdy odmawia zabicia lokalnego władcy na oczach jego syna, mniszka zaczyna rozumieć, że w doskonałej maszynie do zabijania, jaką miała być Yinniang, zaczynają zawodzić niektóre trybiki. Odsyła więc dziewczynę z powrotem na dwór Weibo z nakazem zabicia rządzącego państewkiem księcia Tiana. Niegdyś mężczyzna był przyrzeczony Yinniang na męża, zaręczyny zostały jednak zerwane przez matkę księcia, pragnącej dla syna politycznego mariażu. Obecnie Tian jest silnym władcą, który pragnąc autonomii dla swego państwa, zagraża jedności imperium dynastii Tang. Yinniang musi uporać się z poczuciem odrzucenia, kryzysem tożsamości, i wciąż niewygasłym uczuciem do niedoszłego męża. Musi też zdecydować czy dochowa wierności dawnej miłości, czy pozostanie lojalna ciotce i kodeksowi wojownika.

Osiem lat to długo, ale jeżeli w życiu warto na coś czekać to z pewnością na filmy Hou Hsiao-hsiena. Tym bardziej, że Tajwańczyk z nawiązką wynagrodził każdy miesiąc oczekiwania – jego Zabójczyni zachwyca bowiem od pierwszej do ostatniej minuty. Czym konkretnie? Przede wszystkim stroną wizualną. Hou hsiao-hsien jak zwykle eksperymentuje z ruchami kamery, choć czyni to znacznie mniej rewolucyjnie niż chociażby w Mieście smutku. W Zabójczyni kamera zdaje się skradać, obserwując bohaterów a to zza powiewającej na wietrze zasłony, a to zza drzew gęsto porastających zagajnik, czy to wreszcie spomiędzy wdzięcznie poruszających się po parkiecie tancerek. Nadaje to filmowi posmak tajemniczości, a widz ma wrażenie podglądania bohaterów, ukradkowego uczestniczenia w ich codzienności. Tajwański mistrz tzw. nowej fali nie boi się długich ujęć statycznych, ani niekończących się panoram. Kamera całymi minutami śledzi poruszający się w ciemnościach jaskini orszak, po to tylko, by pokazać piękno płonących pochodni. Z tym samym kontemplacyjnym spokojem obserwuje przemierzających równinę jeźdźców, dając widzowi czas na nasycenie oczu urodą źdźbeł trawy kołysanych wiatrem. A widz? Bez oporu zgadza się na to ograniczenie fabuły na rzecz hipnotyzującego piękna obrazu. Zabójczyni to także gra kolorów, ich najbardziej subtelnych odcieni i tonów. Początkowa czerń i biel szybko ustępuje żywszej kolorystyce, dalekiej jednak od jarmarcznego rozpasania w stylu indyjskich masala movies. Barwy w filmie Hou Hsiao-hsiena zdają się bardziej subtelne, przygaszone, przez co Zabójczyni przypomina chińskie malarstwo dworskie przeniesione na kinowy ekran.

12792263_1148348695185059_6068430410408625403_o

Najnowsze dzieło Tajwańczyka tylko na pierwszy rzut oka znacznie odbiega od jego poprzednich dokonań. Pozornie jest to jego pierwszy wypad w kierunku kina wuxia, od lat będącego symbolem chińskiej kinematografii. Hou Hsiao-hsien, owszem, czerpie z tej estetyki, czyni to jednak w wyjątkowy sposób – charakterystyczne dla wuxia spektakularne pojedynki są krótkie, choć efektowne, istotniejsza jest bowiem psychologia postaci. Etos wojownika Hou Hsiao-hsien wykorzystał do pokazania dramatu jednostki nie przynależącej do żadnego ze znanych jej światów i poszukującej własnej tożsamości. Yinniang dwukrotnie została bowiem wyrwana ze swego środowiska – raz by udać się na naukę do mniszki, a ponownie, gdy powróciła do Weibo. Teraz dziewczyna przygląda się dworskiemu życiu niejako zza zasłony, na zawsze oddzieliły ją bowiem od niego lata spędzone w klasztorze. Do świata artystów-zabójców także nie do końca należy, posiada bowiem zbyt wiele współczucia dla swych niedoszłych ofiar. Yinniang stanowi więc w pewnym sensie alter ego reżysera, przez całe życie rozdartego między Chiny a Tajwan. Podobnie jak w przypadku poprzednich filmów, tak i w Zabójczyni Hou Hsiao-hsien zadbał o dobrze nakreślone tło społeczno-polityczne – w tym przypadku jest to walka prowincjonalnych władców o uniezależnienie się od stolicy imperium dynastii Tang. Fabuła jest jednak dość prosta, dramat polityczny naszkicowany w klarowny sposób, tak że nawet widzowie nie znający historii dawnych Chin nie będą mieć problemu z jej zrozumieniem. Dialogi ograniczone są do minimum, bohaterowie porozumiewają się raczej gestem, spojrzeniem, wyrazem twarzy. Zabójczyni to film, który spodoba się widzom lubiącym spokojne, kontemplacyjne kino i ceniącym dobrze opowiedzianą historię na równi ze stroną wizualną. Jedyne na co można mieć nadzieję, to że Hou Hsiao-hsien zabierze się za kolejny film długometrażowy nieco wcześniej niż za osiem lat.

Reklamy

2 thoughts on “Wuxia w stylu zen: „Zabójczyni” Hou Hsiao-hsiena

  1. Dziękuję! Od lat nie oglądałem nic w stylu wuxia, a dzięki temu wpisowi znowu mam ochotę na chińskie kino (jeszcze tylko czas by się przydał). Tym bardziej, że jak piszesz jest to coś głębszego niż klasyczne wuxia i jedynie czerpie z tej konwencji. Bardzo inspirujący wpis, ale do tego już chyba nas wszystkich przyzwyczaiłaś. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s