KSIĄŻKI

Rytm wszechrzeczy: „Pieśń harfy” Leviego Henriksena

Pean na cześć muzyki, a zarazem słodko-gorzka opowieść o wierze. W Boga, w miłość, w drugiego człowieka. Levi Henriksen po raz kolejny udowodnia, że o rzeczach fundamentalnych można mówić prosto i bez patosu, docierając jednocześnie do najgłębiej ukrytych emocji.

Norwegia, miasteczko Kongsvinger. Jim Gystad, znany producent muzyczny z Oslo, ma wrażenie, że znalazł się w ślepym zaułku. Większość jego znajomych zdążyła założyć rodziny, porzucić je, ożenić się ponownie i spłodzić kolejnych potomków. Jim natomiast, mimo że dawno świętował 40. urodziny, nie zdołał stworzyć związku na tyle głębokiego, by przetrwał próbę czasu. Co gorsza, Jim utracił pasję, z którą niegdyś wykonywał swoją pracę. Mężczyzna z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy szczyty list przebojów okupowały utwory składające się z więcej niż dwóch akordów, a muzycy rockowi nie przypominali członków boys bandów. Przyczyny jego apatii mogą być dwie: albo norweska scena muzyczna schodzi na psy, albo on sam wypalił się zawodowo. Odpowiedź Jim poznaje w dość zaskakujący sposób, a mianowicie w momencie, gdy skacowany podaje do chrztu dziecko swego przyjaciela. Śpiew trojga podstarzałych uczestników uroczystości sprawia, że alkohol błyskawicznie ulatnia się z organizmu Jima, on sam natomiast odzyskuje wiarę. Jeśli nie w Boga, to na pewno w muzykę. Co w jego przypadku na jedno wychodzi. Mężczyzna szybko ustala tożsamość tajemniczych śpiewaków i niczym zakochany szczeniak zaczyna krążyć wokół ich domu. Planuje zrobić wszystko, by nakłonić słynne niegdyś Śpiewające Rodzeństwo Thorsen, do powrotu na muzyczną scenę. Na drodze do realizacji tego pragnienia staje chciwy wnuk jednej ze śpiewających sióstr, dwa gigantyczne psy rasy elkhund, oraz samo rodzeństwo. Maria, Tamar, i Timoteus nie zamierzają bowiem na nowo otwierać dawno zamkniętych drzwi. Jim musi wykazać się czymś więcej niż sprytem i przebojowością, by przekonać Thorsenów do nagrania najlepszej płyty w jego producenckiej karierze.

Piesn harfy

W życiu, jak w muzyce, zdarzają się fałszywe akordy i nagłe zmiany tonacji. Wirtuoz zrobi z nich atut wygrywanego utworu, artysta-rzemieślnik zdoła utrzymać rytm, a mniej zdolny muzyk po jednej porażce zawiesi gitarę na kołku. Według Leviego Henriksena wszyscy jesteśmy takimi muzykami i tylko od nas zależy czy pieśń naszego życia będzie brzmiała harmonijnie czy pełna będzie fałszywych tonów. Pieśń harfy opowiada przede wszystkim o radzeniu sobie, lub nie, z kłodami jakie los rzuca nam pod nogi. Po policzku otrzymanym od życia Timoteus stał się zrzędliwym chamem, Tamar napisała najpiękniejszą piosenkę w swojej muzycznej karierze, a Jim popadł w pełną apatii melancholię. Każdy z nich potrzebował drugiego człowieka, by wyrwać się z odrętwienia, przypomnieć sobie melodię i dołączyć do reszty muzyków. Wiadomo przecież, że w zespole gra się najlepiej… Nowa powieść Leviego Henriksena to także opowieść o wierze, tej utraconej, nigdy nie istniejącej, lub odzyskanej. Wierze w Boga, w miłość, w drugiego człowieka, wreszcie w samego siebie. Nader często wystawianej na próbę, którą nie zawsze przechodzi bez szwanku, będącej jednak jedynym gwarantem przetrwania tych kilkudziesięciu lat danych człowiekowi na ziemi. Pieśń harfy to hymn pochwalny życia, ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, a zarazem pean na cześć muzyki. Tej prawdziwej, wypływającej z serca wykonującego ją muzyka, zdolnej poruszyć najgłębiej ukryte emocje. Niezależnej od gatunku: rocka, gospel, czy popu.

Historia zawarta w Pieśni harfy jest prosta, momentami wręcz banalna. Przewidywalna od pierwszej do ostatniej strony. W niczym to jednak nie przeszkadza, Levi Henriksen posiada bowiem rzadki dar mówienia o rzeczach oczywistych w oryginalny, zachwycający sposób. Emocje jakimi nasyca każdą swoją powieść sprawiają, że czytelnik bez oporów wierzy w opowiadaną przez niego historię. I przyjmuje ją jako nowość, choćby – w różnych wersjach – słyszał ją już wielokrotnie. Schematyczność niektórych postaci nadaje im pozory żywych archetypów, a całej historii rys biblijnej przypowieści. Momentami słodkiej, przepełnionej inteligentnym humorem, momentami gorzkiej i bolesnej, bo jakże prawdziwej. Levi Henriksen zdaje się swoją najnowszą powieścią mówić, że życie jest muzyką, a rytm można znaleźć wszędzie: w szumie trawy, dźwięku przesiewacza żwiru, płaczu dziecka. Można przez całe życie pozostać głuchym na tę muzykę, lub dać się ponieść melodii. Wybór zależy od nas.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s