CZWARTEK KINOMANA

O miłości niemożliwej raz jeszcze: „Piękna i Bestia” w reż. Billa Condona

Tę historię zna chyba każdy, Bill Condon postanowił jednak opowiedzieć ją ponownie. Wyszedł mu film przyjemny dla oka i ducha, ale czy faktycznie potrzebny?

Na początek wstydliwe wyznanie: Piękna i Bestia to moja ukochana animacja Disneya z dzieciństwa. I wczesnej młodości. Także wieku dojrzałego i zbliżającego się wieku średniego. Sami rozumiecie: zdradzająca objawy książkoholizmu dziewczyna zakochuje się w brzydalu, bo leci na jego bibliotekę – ta historia nie mogła mnie nie zachwycić. A skoro już zachwyciła, to nawet sama myśl o jakimkolwiek remake’u musiała wydać mi się obmierzła. Czy słusznie? Nie do końca, film Billa Condona ogląda się bowiem całkiem przyjemnie. Głównie ze względu na fakt, że stanowi wierną kopię disneyowskiej animacji. Twórcy najnowszej wersji Pięknej i Bestii zachowali nie tylko oryginalną fabułę, ale także wszystkie piosenki, znaczną część dialogów, a nawet elementy scenografii np. stroje bohaterów. Wszystko to cieszy oko starszych widzów, którzy kochali się w animacji z 1991 roku, rodzi jednak pytanie po co właściwie powstała nowa wersja aktorska? Oprócz pokazania, że Emma Watson to nie tylko Hermiona Granger. To zdolna dziewczyna, z zaszufladkowaniem poradzi sobie i bez takich zagrywek. Jeśli jednak nie o to chodzi, to pozostaje skok na kasę. Owszem, udany artystycznie, ale nie całkiem potrzebny. Remake produkuje się bowiem po to, by powiedzieć coś nowego, nie odchodząc nadmiernie od oryginalnej fabuły. Piękna i Bestia Condona wyjaśnia wprawdzie kilka nieścisłości, które miały miejsce w animacji, jak choćby brak matki Belli czy podłoże podłego charakteru Księcia, to jednak za mało, by umotywować kosztowną produkcję.

Piekna-432x640

W ciągu dwudziestu sześciu lat opowieść o Belli i zaklętym w bestię księciu nie postarzała się pod względem wizualnym tak, by niezbędne było jej odświeżenie. Także jej przesłanie dobrze wpisuje się w feministyczny nurt, od kilku lat obecny w animacjach Disneya. Bella bardziej przypomina bowiem pewną siebie Meridę czy spragnioną przygód Vaianę niż Śpiącą Królewnę czy Śnieżkę. Nie czeka biernie na ratunek ze strony Księcia z Bajki – wręcz przeciwnie, to ona stanowi dla niego wybawienie. Bella jest inna – jej fascynacja książkami i marzenia o lepszym życiu alienują ją od małomiasteczkowej społeczności. Bestia budzi grozę swym wyglądem, w głębi serca jest jednak głęboko zranionym, cierpiącym młodym człowiekiem – nie każdy jednak gotów jest dostrzec dobro za kudłatym pyskiem i ostrymi kłami. W obliczu kryzysu migracyjnego i strachu przed obcymi historia tej dziwacznej pary przypomina, że w odmienności może kryć się prawdziwe piękno, a sądzenie innych po pozorach to zwykła głupota. Twórcy aktorskiej wersji Pięknej i Bestii chcieli jednak jeszcze bardziej uwspółcześnić jej przesłanie. Dodali więc kilkoro czarnoskórych bohaterów, co być może sprawdziłoby się w typowo baśniowej konwencji. Film Billa Condona osadzony jest jednak na granicy bajki i realizmu – jego akcja toczy się w konkretnym historycznie miejscu (francuska prowincja, z dala od Paryża) i dość konkretnym czasie (sądząc po strojach w XVIII wieku). Czarnoskóra śpiewaczka w stroju a la Madame de Pompadour zapewne nie wzbudzi wątpliwości u dzieci, dla starszych widzów może jednak stanowić pewien dysonans. Równie kiepsko poszło twórcom Pięknej i Bestii wprowadzanie wątku homoseksualności. Zamierzenie bardzo słuszne, wykonanie jednak oparte na totalnie przestarzałych, prześmiewczych stereotypach. Skonstruowanie postaci Le Fou (Josh Gad) w stylu przerysowanego pedzia mogło bawić w komediach lat 80. i 90., dziś budzi jedynie zażenowanie.

Tyle jeśli chodzi o wątpliwości, czas na plusy, których jest całkiem sporo. Największym z nich jest scenografia, od zamku księcia począwszy, przez sielskie miasteczko Belli, na mrocznym lesie kończąc. Jeśli dodać do tego doskonale wkomponowaną animację w postaci zaczarowanych sprzętów w zamku księcia, o filmie Billa Condona śmiało można mówić jako o wizualnej perełce. Kolejnym plusem jest obsada aktorska, z rewelacyjnym Lukiem Evansem na czele. Jego Gaston jest tak przystojny, a zarazem tak cudownie arogancki i zblazowany, że wiele kobiet na widowni może zacząć się zastanawiać czy Bella ma aby po kolei w głowie. Jego główny rywal, czyli obłożony klątwą książę w wykonaniu Dana Stevensa, wypada znaczniej bardziej blado. Bestia z animacji miała zdecydowanie więcej łobuzerskiego wdzięku, dowcipu, ale i mroku. W filmie aktorskim książę przypomina raczej steranego życiem filozofa, co miałoby urok, gdyby nie porównanie z animacją. Świetnie obsadzone zostały postacie drugoplanowe, zwłaszcza Emma Thompson jako pani Imbryk, Ian McKellen w roli Trybika i Ewan McGregor jako Płomyk – jego francuskiego akcentu mogłabym słuchać godzinami. Wszyscy aktorzy dysponują dobrymi głosami, piosenek w ich wykonaniu słucha się więc z przyjemnością i nuci po opuszczeniu kina. Nikt z seansu nie powinien zresztą wyjść rozczarowany a animowanemu oryginałowi krzywda się nie stała, może więc nie ma co marudzić tylko pędzić do kina. Choć zdecydowanie lepiej, rzecz jasna, odkurzyć DVD z filmem sprzed dwudziestu sześciu lat.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s