CHWILA DLA KINOMANA

Jak się rozwieść i nie zbankrutować: „Małżeńskie porachunki” Olego Bornedala

Całkiem udana komedia odrzucająca polityczną poprawność. Ole Bornedal kpi ze wszystkiego i wszystkich, łącznie ze swoimi rodakami.

Dania, miasteczko Nibe. Ib (Nicolas Bro) i Edward (Ulrich Thomsen) to wieloletni kumple, nie tylko od kieliszka, a także partnerzy w interesach. W życiu zawodowym mogą mówić o sukcesie: ich firma budowlano-remontowa świetnie prosperuje, dzięki czemu obaj mają na kontach odłożone spore sumki. Nieco gorzej wiedzie im się natomiast w sferze prywatnej, obaj przeżywają bowiem kryzys małżeński i mają serdecznie dość swoich żon. Ib i Edward bardziej niż dobrze sytuowanych właścicieli firmy przypominają roboli, Gritt (Mia Lyhne) i Ingrid (Lena Maria Christensen) natomiast to zadbane, eleganckie i wciąż niezwykle atrakcyjne kobiety. O oczekiwaniach diametralnie różnych od pragnień swoich mężów. Dla Iba i Edwarda synonimem szczęścia jest szybki seks i suto zakrapiany wieczór z kumplami, Ingrid i Gritt marzą natomiast o romantycznych uniesieniach i latynoskiej gorączce zmysłów. Pragnienia te podsyca dodatkowo miejscowy nauczyciel salsy, Malte (Joel Spira), który budzi w obu paniach nieco przykurzoną w wieloletnich związkach kobiecość. Ib i Edward podejmują w końcu decyzję o rozwodzie, szybko jednak przekonują się, że kosztowałoby ich to znaczną część zgromadzonej fortuny. Postanawiają więc rozwiązać problem w sposób znacznie tańszy, a jednocześnie bardziej radykalny. Pomóc ma im w tym Igor Ladpolny (Marcin Dorociński) – wynajęty za pośrednictwem internetu rosyjski zabójca.

7781438.3

Niewyżyci seksualnie mężowie i zaniedbywane żony, zakochane w homoseksualnym nauczycielu tańca, czyli mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus po duńsku. Banalne? Owszem, Ole Bornedal udowadnia jednak, że nawet z tak banalnych i totalnie opatrzonych motywów można zrobić świeży i zabawny film. Duński reżyser porzuca ponadto polityczną poprawność, a fabułę Małżeńskich porachunków buduje z powszechnie znanych stereotypów. Obrywa się wszystkim: jak Afgańczyk to zwolennik Państwa Islamskiego, jak Rosjanin to zapijaczony, jak Brytyjka to żywcem wyjęta z powieści Agathy Christie, jak mężczyzna to myślący genitaliami i żołądkiem. Ole Bornedal nie oszczędza nawet własnych rodaków, portretując Duńczyków jako ludzi może i zamożnych, ale niemiłosiernie wręcz nudnych i pozbawionych radości życia. Jak na film skonstruowany ze schematów przystało Małżeńskie porachunki to obraz dość przewidywalny – widz bez trudu odgadnie nie tylko przebieg kolejnych scen, ale i finał matrymonialnej awantury. Nie odbiera to jednak dziełu Bornedala wdzięku, jego siła polega bowiem właśnie w umiejętnym żonglowaniu stereotypami, a ponadto w dialogach i grze aktorskiej. Te pierwsze są błyskotliwe i nawet jeśli dotykają bardzo intymnych sfer życia, unikają taniej wulgarności, charakterystycznej choćby dla polskich komedii obyczajowych. Aktorzy stanęli natomiast na wysokości zadania, choć było ono wyjątkowo trudne. Każda z filmowych postaci została bowiem narysowana przesadnie grubą kreską, przez co mniej utalentowani lub doświadczeni aktorzy mogli ulec pokusie przeszarżowania. Obsada Małżeńskich porachunków uniknęła tej pułapki, tworząc bohaterów charakterystycznych, lecz nie karykaturalnych. Na pierwszy plan wybija się, oczywiście, Marcin Dorociński, który po raz kolejny pokazuje, że nawet grając krzesło mógłby stworzyć wybitną kreację aktorską.

Jak na duńską czarną komedię przystało Małżeńskie porachunki pod grubą warstwą groteski i absurdalnego humoru kryją istotną prawdę życiową. W sumie banalną, często jednak ignorowaną w codziennym pędzie. Ole Bornedal daje bowiem prztyczka w nos wszystkim członkom społeczeństw dobrobytu, którym dostatnie życie przesłoniło znacznie ważniejsze sprawy niż zaspokajanie wszelkiego rodzaju zachcianek. Dwie pary małżeńskie mają wszystko: pieniądze, piękne domy, luksusowe ciuchy. Nie posiadają jednak najważniejszego, czyli umiejętności cieszenia się tym, co udało im się w życiu osiągnąć. Małżonków chętnie wymieniliby na nowszy model, zapominając że to osoby z krwi i kości, a nie starszej generacji samochód lub odtwarzacz DVD. Uosobieniem ich mentalnej porażki jest Bent (Jens Andersen), niegdyś kandydat na wybitnego sportowca, dziś budzący politowanie kaleka. Bent jest obiektem permanentnych kpin ze strony Iba i Edwarda, to on jednak żyje w udanym, pełnym czułości i namiętności związku, i mimo kalectwa umie cieszyć się każdym dniem. Życiowe credo Igora, nawołującego do miłości i czerpania szczęścia z uczuciowych relacji, nie jest więc wcale takie głupie.

Małżeńskie porachunki skłaniają do myślenia, przede wszystkim jednak bawią i śmieszą. Ole Borendal stwierdził w jednym z wywiadów, że zrobienie dobrej komedii to trudna sztuka, znacznie trudniejsza niż wzruszenie widzów lub ich przestraszenie. Po seansie Małżeńskich porachunków muszę przyznać, że jemu się ta sztuka naprawdę nieźle udała.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s