CZWARTEK KINOMANA

Francja w krzywym zwierciadle: „Martwe wody” Brunona Dumonta

Zwariowana wiwisekcja francuskiego społeczeństwa. Dla miłośników groteski, kontrolowanego kiczu i zabawy filmowymi konwencjami.

Północna Francja, pierwsze lata XX wieku. Zamożna rodzina arystokratów, jak co roku, spędza letnie miesiące w nadmorskiej rezydencji. Dni mijają van Peteghemom na beztroskim leniuchowaniu, spacerach po plaży, opalaniu w ogrodzie i wystawnych obiadach. Tylko najmłodsze pokolenie ma ochotę bliżej poznać okolicę i jej mieszkańców, zwłaszcza Billie chętnie zapuszcza się do rybackich wiosek. Poznaje tam świat biedaków, którzy zarabiają na życie zbieraniem muli i przenoszeniem bogatych letników przez wody zatoki. Młoda arystokratka, która jednego dnia uważa się za dziewczynę, a kolejnego za chłopca, zakochuje się w miejscowym rybaku, co wywołuje atak histerii u jej matki. Tymczasem w okolicy dochodzi do serii tajemniczych zaginięć – znikają jednak wyłącznie przyjezdni bogacze. Zagadkę wyjaśnić ma para policjantów, w równym stopniu ekscentrycznych, co pozbawionych rozumu.

martwe_wody_b1_bez_logo

Pierwsze zetknięcie z najnowszym filmem Brunona Dumonta może przypominać zderzenie hulajnogi z ciężarówką, zarówno dla osób które nie znają jego wcześniejszej twórczości, jak i tych mających w niej rozeznanie. Francuski reżyser wprowadza bowiem widza w wykreowany przez siebie świat gwałtownie i bez uprzedzenia. A jest to świat absolutnie groteskowy i zwariowany, w którym króluje absurd, czarny humor i totalne szaleństwo. Martwe wody to obraz łączący w sobie cechy baśni, dramatu społecznego, i slapstickowej komedii, nieustannie balansujący na granicy artyzmu i zamierzonego kiczu. To, że Brunon Dumont wychodzi z tego filmowego szaleństwa obronną ręką wydaje się wręcz nieprawdopodobne, staje się jednak faktem już po kilkunastu minutach filmu. Reżyser stworzył przewrotną satyrę na francuskie społeczeństwo, stanowiącą zderzenie wizji dwóch warstw społecznych o sobie nawzajem. Na pierwszy plan wysuwa się, rzecz jasna, arystokracja. Zdegenerowana, całkowicie oderwana od rzeczywistości, żyjąca w świecie uprzedzeń i konwenansów. Isabelle van Peteghem (Valeria Bruni Tedeschi) to egzaltowana do granic możliwości idiotka, która wpada w zachwyt na widok źdźbła trawy lub podanej na obiad potrawy. Jej mąż Andre (Fabrice Luchini) cytuje Victora Hugo, a nadmorską willę projektuje w pretensjonalnym para egipskim stylu. Siostra pana domu, Aude (Juliette Binoche) nieustannie funkcjonuje na granicy omdlenia i histerii, wpadając to w furię, to w religijną ekstazę. Cała trójka zachwyca się niewinną prostotą życia miejscowych rybaków, uważając ją za bliską natury i ideału. Jakiekolwiek przekroczenie społecznych barier wydaje się im jednak całkowicie niemożliwe, naruszające bowiem odwieczny porządek. Pseudo romantyczny zachwyt nad codziennym znojem rybaków to jedno, oddanie córki niewykształconemu zbieraczowi muli to jednak zupełnie inna para kaloszy. Tylko Billie (Raph), nie mogąca podjąć decyzji odnośnie własnej płci, zdaje się prawdziwie zainteresowana życiem ukochanego Ma Loute Bruforta (Brandon Lavieville). Trudno jednak definitywnie stwierdzić, ile w jej zachowaniu szczerej miłości i fascynacji, a ile odziedziczonej po przodkach fałszywej egzaltacji. Nie tylko arystokracji oberwało się jednak od Brunona Dumonta, flandryjskich biedaków przedstawił on bowiem w równie krzywym zwierciadle. To niewykształcona, gburowata zbieranina, spędzająca wolne od pracy chwile nad garem z jedzeniem, pożerająca (i to dosłownie!) arystokratycznych przybyszów.

W filmie Brunona Dumonta wszystko jest do bólu przegięte, od kreacji świata przedstawionego począwszy, na psychologicznych szkicach postaci kończąc. Francuski reżyser świadomie odrzucił wszelką subtelność i umowność, stawiając na nachalne przerysowanie i szaleństwo. Zamysł ten nie mógłby się jednak udać, gdyby nie doskonała obsada aktorska. Zwłaszcza Juliette Binoche daje tu popis umiejętności aktorskich, udowadniając, że równie dobrze odnajduje się w dramacie, co zwariowanej komedii. W Martwych wodach łatwo było o przeszarżowanie, Brunon Dumont trzyma jednak swych aktorów w ryzach, nie pozwalając im na przekroczenie cienkiej granicy między groteską a totalnym kiczem. Jeśli można się do czegoś w tym obrazie przyczepić, to nadmiar zgranych dowcipów sytuacyjnych typu przewracanie się i spadanie z krzeseł. Dumont mógłby z powodzeniem z nich zrezygnować, a jego film nie straciłby komediowego charakteru.

Martwe wody to absolutnie zwariowana, przerysowana, ale niezwykle trafna i zabawna wiwisekcja francuskiego społeczeństwa. Aby cieszyć się geniuszem Brunona Dumonta należy jednak całkowicie wejść w wykreowany przez niego świat i kupić go w całości. Osoby nie przepadające za tego typu szaloną groteską powinny natomiast omijać seanse Martwych wód z daleka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s