CZWARTEK KINOMANA

Wojna czy pokój: „Wonder Woman” Patty Jenkins

Wonder Woman to najlepszy film z Uniwersum DC od dobrych kilku lat, choć nie wolny od wad. Paradoksalnie, najlepiej sprawdza się jako głos w dyskusji na temat równouprawnienia kobiet. Niecodzienny, ale jakże przekonujący.

Temiskira to ukrywa przed oczami ludzi i bogów wyspa, którą Zeus stworzył na siedzibę Amazonek. Mieszkające tam kobiety, których zadaniem jest pomoc ludzkości, marzą o wiecznym pokoju, nieustannie szykują się jednak do wojny. Wiedzą, że największy wróg ludzi – bóg wojny Ares, może powrócić w każdej chwili, by ponownie utopić świat we krwi. Najmłodszą z Amazonek jest Diana (Gal Gadot), córka królowej Hippolity (Connie Nielsen), dziewczyna tyleż piękna, co szlachetna, obdarzona mocą, z której istnienia nie zdaje sobie sprawy. Jej jedynym marzeniem jest pojedynek z Aresem i ostateczne uwolnienie ludzi od boga wojny. Gdy na Temiskirze pojawia się amerykański żołnierz Steve Trevor (Chris Pine), Diana wie, że czas jej beztroskiego dzieciństwa właśnie dobiegł końca. Mimo sprzeciwu matki wyrusza wraz z Trevorem do Londynu, by odnaleźć Aresa, którego uważa za inspiratora Wielkiej Wojny.

images

Największą zaletą filmu Wonder Woman jest filozofia, która stała się fundamentem scenariusza. Wyzwolenie kobiet spod męskiej dominacji jest w nim wprawdzie jednym z wiodących wątków, Allan Heinberg oparł się jednak pokusie wykreowania czarno-białego świata opartego na banalnej walce płci. Opozycja Diana kontra Ares równałaby się rywalizacji męskiego świata z kobiecym, starcia brutalnej siły z umiłowaniem pokoju i miłosierdziem. Stworzenie swoistego trójkąta, jakim byli Diana, generał Luddendorf oraz dr Maru, nadało więc filmowi zdecydowanie uniwersalny charakter. Allan Heinberg pokazuje, być może oczywistą, prawdę, że skłonność do przemocy i pragnienie dominacji nie wynikają z płci, lecz osobowości. To szalona chemiczka, dr Maru, wydaje się bowiem prawdziwym geniuszem zła, opętanym marzeniem o wynalezieniu broni, jakiej świat dotąd nie widział. Umiejscowienie akcji Wonder Woman w czasach I wojny światowej to prawdziwy strzał w dziesiątkę, był to bowiem szczególnie istotny okres w historii emancypacji kobiet. Płeć piękna wciąż tkwiła wprawdzie pod butem męskiej części społeczeństwa, coraz bardziej oczywiste stawało się jednak, że kobiecej rewolucji nie da się już powstrzymać. Diana nie chce walki ze światem mężczyzn, jej celem jest jedynie przyznanie kobietom tych samych praw, którymi cieszą się panowie. Świetnie pokazuje to scena wybierania przez Amazonkę stroju, który powinna nosić na ulicach Londynu. Diana przymierza około dwustu stylizacji, odrzucając każdą po kolei jako nieprzydatną w walce, bo uniemożliwiającą swobodne poruszanie się. Piękne suknie i kapelusze stają się swego rodzaju symbolem skrępowania kobiet i ograniczenia ich do roli cieszącego oko bibelotu, całkowicie nieużytecznego w trudnej sytuacji. W okopach wojennych Diana walczy ramię w ramię z drużyną Steve’a Trevora, biorąc na siebie tyle ciężaru walki, ile jest w stanie ze względu na swoje nadprzyrodzone zdolności. Nigdy nie stawia swojej siły ponad możliwości mężczyzn, podkreślając równość wszystkich wobec wszystkich. Przesłanie to momentami podane jest dość łopatologicznie, biorąc jednak pod uwagę sposób w jaki wciąż postrzega się feminizm, nie wykluczam, że jest to jedyny możliwy sposób wytłumaczenia o co chodzi w walce o równouprawnienie.

Allan Heinberg jest przeciwny nie tylko walce płci, ale walce w ogóle. Jego Wonder Woman to głośny krzyk sprzeciwu wobec okrucieństw wojny, które najbardziej dotykają niewinnych, a więc pragnących normalnego, spokojnego życia cywilów. Wojna według twórców Wonder Woman to dzieło kilku przywódców, dla których jest ona środkiem do osiągnięcia własnych, niekoniecznie zbożnych celów. Bezsens i tragizm konfliktów zbrojnych ukazany jest poprzez zderzenie obrazu rajskiej wyspy Temiskiry z okopami I wojny światowej. Scena, w której niemieckie wojska przebijają magiczną granicę między światem ludzi a oazą pokoju, jaką jest Temiskira, może razi kiczowatością, nieźle obrazuje jednak ludzką głupotę. Tak, ludzką. To nie Ares jest bowiem, według twórców Wonder Woman, inspiratorem kolejnych konfliktów zbrojnych wstrząsających światem ludzi. On sam mówi o sobie jako o bogu prawdy, nie wojny, nie nakłania bowiem ludzi do walki, lecz jedynie podsuwa im taką ideę. To, czy wybiorą pokój, czy wojnę, zależy wyłącznie od nich samych. W momencie odkrycia tej przerażającej prawdy Diana musi więc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ludzie faktycznie zasługują na pomoc Amazonek i czy nie lepiej pozwolić Aresowi wybić ludzkość do nogi i stworzyć świat na nowo. Biorąc pod uwagę obecne wydarzenia, strach, nienawiść i przemoc, jaka panuje w XXI wieku, naprawdę trudno nie przyznać choć odrobiny racji greckiemu bogowi wojny.

WonderWomanGG-600x889

O ile ideologiczna podbudowa Wonder Woman zdaje egzamin na piątkę, o tyle reszta filmu mniej lub bardziej kuleje. Czego się czepiam? Przede wszystkim efektów specjalnych, momentami balansujących na granicy kiczu, co sprawia, że film Patty Jenkins przypomina produkcje z wczesnych lat 90. XX wieku. Sceny walki zaaranżowane są na wysokim poziomie, a sprawność aktorów i kaskaderów budzi zachwyt, nadużywanie efektu slow motion może jednak mocno drażnić widza. Słabym punktem Wonder Woman jest też konstrukcja bohaterów. Oczywiste jest, że po filmie superbohaterskim nie należy spodziewać się psychologii na poziomie Ingmara Bergmana, nie oznacza to jednak, że postacie muszą być płaskie jak francuskie naleśniki. W filmie Patty Jenkins tymczasem jedyną porządnie skonstruowaną postacią jest Diana – to kobieta z krwi i kości, łącząca w sobie ogromną siłę z kruchością i czułostkowością. Jej towarzysze natomiast zostali zarysowani grubą kreską i stworzeni na bazie narodowych stereotypów. Ich dobór – Indianin, Szkot i Turek – jest, zresztą, tak poprawnie polityczny, że musi budzić u widza uśmieszek politowania. Aktorsko Wonder Woman stoi na dobrym poziomie, nawet Gal Gadot, wbrew przewidywaniom niektórych krytyków, podołała swojej roli. Przez większość filmu gra wprawdzie jedną miną, ograniczającą się do zmarszczenia brwi, jest jednak tak zaangażowana, że zdaje się nie tyle kreować Wonder Woman, co nią być. Może, zresztą, nie ma się czego czepiać, owo zmarszczenie brwi nieźle podkreśla niewinność i naiwność Diany, wiecznie zadziwionej głupotą ludzi i ich skłonnością do przemocy. Twórcy Wonder Woman zbudowali swój film z dobrze znanych widzom na całym świecie klisz, tak że kolejne sceny są dość łatwe do przewidzenia. Filmy superbohaterskie zawsze jednak odznaczały się stylistyką kontrolowanego kiczu, a Wonder Woman, mimo wielu mankamentów, całkiem dobrze się ogląda. Przynajmniej do finału, który jest mocno rozczarowujący. Walka Diany z Aresem sprawia wrażenie, jakby twórcom filmu – od scenarzysty począwszy, na specach od efektów specjalnych kończąc – zabrakło pomysłów na satysfakcjonujące zakończenie. Stężenie patosu na centymetr kwadratowy taśmy filmowej jest wręcz niemożliwe, a puenta mówiąca, że kobieta jest prawdziwie silna wyłącznie dzięki miłości mężczyzny, kłóci się z całym przesłaniem filmu. Można jedynie liczyć, że finał kolejnej części będzie stał na nieco wyższym poziomie. Bo że Wonder Woman powróci nie ma najmniejszych wątpliwości, w Hollywood już bowiem trwają prace nad kontynuacją. Diana mogłaby porzucić Paryż, w którym ostatecznie osiadła, i wpaść nad Wisłę – jej starcie z Matką Polką byłoby z pewnością bardziej epickie niż pojedynek z Aresem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s