CZWARTEK KINOMANA

Opowieść o zwyczajnym człowieku:”Mężczyzna imieniem Ove” w reż. Hannesa Holma

Mężczyzna imieniem Ove to świetny przykład jak z banalnej historii zrobić niebanalny film. Mądry, ciepły i zabawny, choć skonstruowany z dobrze znanych kinomanom schematów.

Dobiegający sześćdziesiątki Ove Lindahl (Rolf Lassgård) nienawidzi świata i nie chce na nim dłużej żyć. Niegdyś był wprawdzie nieśmiałym i nieco wycofanym, ale umiejącym się uśmiechać mężczyzną, śmierć żony wyssała z niego jednak wszelką radość życia. Jeśli każdego ranka podejmuje wysiłek podniesienia się z łóżka, to tylko ze względu na pracę i obowiązkową wizytę na cmentarzu. Niespodziewana utrata zatrudnienia sprawia jednak, że Ove podejmuje decyzję o dołączeniu do ukochanej Sonji (Ida Engvoll) w zaświatach. Sęk w tym, że rozstanie się z życiem nie jest wcale takie łatwe….A to pęka sznur, na którym mężczyzna usiłuje się powiesić, a to sąsiedzi dobijają się do drzwi, a to nowy lokator spada z drabiny i trzeba odwieźć go do szpitala, choć samochód jest już prawie pełen trujących spalin. W dodatku, w życiu Ove pojawia się zaskakująca przyjaciółka, której niepowstrzymana radość życia przebija się przez pancerz wrogości, jakim otoczył się wdowiec. Dzięki ciężarnej Parvaneh (Bahar Pars), dwójce jej dzieci i kotu-przybłędzie Ove zaczyna dostrzegać, że życie wciąż ma mu wiele do zaofiarowania.

7708533.3

Lepiej późno niż wcale to maksyma, która w przypadku takich filmów jak Mężczyzna imieniem Ove sprawdza się doskonale. Obraz Hannesa Holma miał światową premierę w 2015 roku, na ekrany polskich kin wszedł jednak zaledwie przed dwoma tygodniami. Można się, oczywiście, zżymać na to opóźnienie, ja jednak proponuję po prostu poddać się magii tego filmu. Nie ma chyba bowiem widza, który byłby na nią odporny. Film Hannesa Holma równie dobrze mógłby nosić tytuł Mężczyzna imieniem Krzysztof. Albo Jacek. A nawet Janusz, dlaczego by nie? Ove Lindahl jest bowiem zwyczajnym facetem, wiodącym zwyczajne życie. Ani przesadnie przystojnym, ani nadzwyczaj bystrym, mieszkającym w szeregowym domu na osiedlu jakich wiele. Każdy widz mógłby być Ovem, i to właśnie ta autentyczność i wiarygodność stanowi o wyjątkowej sile oddziaływania tego obrazu. Mężczyzna imieniem Ove to opowieść o stracie i ludzkiej nieumiejętności radzenia sobie z nią. Ove doświadcza straty od wczesnego dzieciństwa do późnej starości – z każdej z nich podnosi się, do czasu gdy otrzymuje od losu o jeden cios za dużo. Gdy odchodzi Sonja mężczyzna poddaje się, odgradza od ludzi, zamyka serce i umysł na otaczający go świat. Zmienia się w zrzędę, postrach osiedla, wściekłością reagujący na każdy przejaw łamania wspólnotowych przepisów. Trzeba wyjątkowej wrażliwości i intuicji, by w tym stetryczałym facecie dostrzec współczującego, pełnego empatii człowieka. Co ciekawe, wrażliwość tę posiadają osoby, które tzw. normalni członkowie społeczeństwa postrzegają za takich samych „innych” jak Ove, a więc irańska imigrantka Parvaneh, wyrzucony z domu przez ojca gej Mirsad (Klas Wiljergård), oraz misiowaty grubasek o osobowości komputerowego nerda, Jimmy (Poyan Karimi). Wbrew pozorom obraz Hannesa Holma niesie pozytywne przesłanie, pokazuje bowiem, że życie równie często wali nas z liścia w twarz, jak i obdarowuje czymś absolutnie bezcennym. Mówi też, że w naszym mikrokosmosie w każdej chwili mogą pojawić się prawdziwi przyjaciele, nawet jeśli nadejdą z zupełnie niespodziewanego kierunku. Tacy, którzy może i zapomną zwrócić pożyczonego węża ogrodowego albo staranują skrzynkę na listy wjeżdżając do garażu, w chwili życiowego kryzysu nigdy jednak nie zawiodą.

Brzmi zbyt ponuro jak na wakacyjny seans? Nic bardziej mylnego. Mężczyzna imieniem Ove nie jest wprawdzie typową komedią w amerykańskim stylu, posiada jednak wiele momentów wywołujących szczere rozbawienie i łagodzących płynącą z ekranu gorycz. Z seansu nie wychodzi się wprawdzie z mięśniami brzucha bolącymi od śmiechu, na pewno jednak z głową pełną przemyśleń. To, co bawi to choćby nienawiść między Ovem a Runem, powstała na tle sporu o jedynie słuszną markę samochodu (Volvo kontra Saab), to co wzrusza, to niezwykła więź jaka rodzi się między zgorzkniałym wdowcem a irańską imigrantką. To do tej dwójki należy, zresztą film, choć pozostałym członkom obsady też nic zarzucić nie można. Rolf Lassgård doskonale wyczuwa granicę, za którą jego bohater stałby się postacią karykaturalną, Bahar Pars ma natomiast tyle uroku, że nie oparłby się jej nawet człowiek o twardszej niż Ove Lindahl skorupie.

Tak, Mężczyzna imieniem Ove to film zbudowany w dużej mierze z dobrze znanych schematów. Dość przewidywalny, od początku do finału, historię obrażonych na świat tetryków odkrywających w sobie pokłady dobroci kino opowiadało bowiem już niejeden raz. A jednak świeży i sprawiający wrażenie, że mówi o czymś nowym, a z pewnością ważnym. To mądre, a jednocześnie przyjemne w odbiorze kino, dla każdego, kto w sztuce filmowej szuka czegoś więcej niż czysta rozrywka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s