SMS FILMOWY: MARZEC

Podobno to kwiecień przeplata, mnie jednak już w marcu wyszła kulturowa i stylistyczna mieszanka filmowa. Od polskiego filmu policyjnego, przez amerykańską opowieść o dojrzewaniu, aż do feministycznego westernu z Indonezji.

Nie popisałam się jeśli chodzi o ilość recenzji filmowych w marcu, ale jak wiadomo: to wina Tuska, więc mam nadzieję na wybaczenie. W SMSie trochę nadrabiam zaległości – wszystkie trzy filmy to marcowe premiery, wciąż obecne na ekranach kin, i stanowiące tym samym fajną alternatywę dla siedzenia przy świątecznym stole i szukania zająca. Chyba, że wbrew prognozom nie będzie padać – wtedy idźcie na spacer lub na rower.

Pitbull. Ostatni pies w reż. Władysława Pasikowskiego – czwarta, finałowa część kultowej już serii Patryka Vegi. Po śmierci Soczka policjanci z warszawskiej komendy rozpoczynają tajne śledztwo. Do stolicy sprowadzony zostaje Despero (Marcin Dorociński), którego zadaniem jest wykrycie sprawcy wśród członków dwóch największych warszawskich gangów. Wspierają go Nielat, obecnie zwany Quantico (Rafał Mohr) oraz Metyl (Krzysztof Stroiński). Na godne zwieńczenie rozpoczętej w 2005 roku serii Patryka Vegi trzeba było trochę poczekać, o ile w ogóle filmy bez Despera, Metyla i Nielata uznaje się za kontynuację pierwszego Pitbulla. Władysław Pasikowski udowodnił jednak, że cierpliwość popłaca serwując widzom kawał dobrego policyjnego kina. Na ekran wraca cała wspomniana trójka bohaterów i to do nich należy ten film – mocny, brutalny, i dosadny, w jakże innym jednak stylu niż dokonania Patryka Vegi. Bez płynów ustrojowych lejących się na ekran i rzucania kurwami niczym starszy pan w parku ziarnem dla ptaków. Akcja trzyma tempo, intryga jest dobrze poprowadzona, a kilka scenariuszowych mielizn tuszuje talent Dorocińskiego, Mohra, Stroińskiegoi i Pazury, który zręcznie korzysta z faktu, że wreszcie ma coś do zagrania. A co z Dodą, odpowiedzialną za największą internetową gównoburzę wokół nowego Pitbulla? Daje radę, choć nad warsztatem aktorskim powinna jeszcze, rzecz jasna, mocno popracować. Że ma predyspozycje do grania pokazała już w spektaklu Słownik ptaszków polskich, internetowym hejterom zapewne nie chciało się jednak ruszyć tyłeczków do teatru, żeby się przekonać.

7824694.3

Marlina. Zbrodnia w czterech aktach w reż. Mouly Suryi – indonezyjska opowieść o kobiecej zemście w westernowej stylistyce. Marlina (Marsha Timothy) to mieszkająca na odludziu młoda i piękna wdowa. Samotna kobieta wydaje się łatwą zdobyczą dla siedmiu miejscowych zbirów, Marlina nie należy jednak do osób, które bez sprzeciwu akceptują przemoc i wyrządzoną im krzywdę. Pozornie banalny napad kończy się więc w zupełnie zaskakujący dla bandytów sposób. Marlina. Zbrodnia w czterech aktach to zaskakująco udane, hipnotyzujące połączenie westernu z kameralnym dramatem o feministycznym wydźwięku. Indonezyjska reżyserka pokazała w nim patriarchalne społeczeństwo, w którym powszechne używanie telefonów komórkowych i innych technologicznych zdobyczy XXI wieku, nie wyklucza wiary w zabobony i przestarzałe wzorce obyczajowe. Jej trzeci film stanowi też pean na cześć kobiecej siły, dzięki której mieszkanki Indonezji stawiają czoła przeciwnościom losu. Mouly Surya dobrze panuje nad opowiadaną historią, akcja toczy się wolno, momentami wręcz leniwie niczym życie na skąpanej w promieniach słonecznych wyspie, nigdy nie skręca jednak w stronę nudy i banału. Świetnie sprawdza się Marsha Timothy w roli indonezyjskiej Pani Zemsty, oraz stale współpracujący z reżyserką Yunus Pasolang, odpowiedzialny za wizualną stronę filmu. Operator w ciekawy sposób skontrastował ciemne, niemal mroczne wnętrza domu Marliny i posterunku policji, wykorzystując światłocienie do podkreślenia zła czynionego młodej wdowie, z jasnymi, otwartymi przestworzami indonezyjskiej wyspy Sumba. Nie bez powodu obraz Marlina. Zbrodnia w czterech aktach został okrzyknięty jednym z najbardziej porywających filmów Directors’ Fortnight w Cannes ubiegłego roku, a Mouly Surya po raz kolejny uznana za wyjątkowo obiecującą reżyserkę z Indonezji.

04e9c5a6a35a07f3897f5c268aaef7e6

Lady Bird w reż. Grety Gerwig – rok z życia amerykańskiej nastolatki. Christine McPherson, lubiąca mówić o sobie Lady Bird (Saoirse Ronan), to siedemnastoletnia uczennica katolickiej szkoły w Sacramento. Jej marzeniem jest porzucenie rodzinnego miasteczka i przeniesienie się na studia do Nowego Jorku, mimo sprzeciwu matki patrzącej trzeźwym okiem na rodzinne finanse. W ostatnim roku nauki w szkole dziewczyna robi wszystko, by poprawić oceny i zdobyć stypendium na studia, a jednocześnie rozwija swoje artystyczne pasje w grupie teatralnej i wikła się w pierwsze związki z chłopakami. Teoretycznie Greta Gerwig nie opowiedziała widzowi nic nowego, ot, kolejną historię dojrzewającej nastolatki. W jej obrazie dorastania jest jednak pewien nieuchwytny wdzięk, sprawiający że Lady Bird ogląda się z zainteresowaniem wymieszanym z nutką nostalgii. Bazując na własnych doświadczeniach życiowych reżyserka stworzyła przekonujący portret dziewczyny marzącej o życiu w otoczeniu wyższej kultury, szukającej własnej tożsamości i próbującej w tym celu za wszelką cenę odseparować się od matki. Nastoletnie problemy, takie jak pierwsze miłości i doświadczenia seksualne, pragnienie akceptacji społecznej, pogoń za nierealnymi marzeniami, znane każdemu i z perspektywy czasu uznawane za banalne, Greta Gerwig potraktowała z powagą, ciepłem i wyrozumiałością, co w dużej mierze stanowi o sile jej filmu. Podobnie jak doskonała obsada aktorska, ze świetną Saoirse Ronan na czele.

3288_4_3_1516958343

Filmowy kwiecień zacznę trochę nietypowo, bo od recenzji serialu Netflixa. Ale to po świętach. W święta mam zamiar tylko oglądać, pisać będę później 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s