Jaki ojciec, takie córki: „Dunbar” Edwarda St Aubyna

Edward St Aubyn miał pomysł i możliwości, zabrakło mu jednak finezji i lekkości, która mimo niezwykle trudnego tematu cechowała serię Patrick Melrose.

Autor cyklu o Patricku Melrose i współczesna wersja szekspirowskiej opowieści o królu Learze – czy w tym połączeniu mogło coś nie zagrać? Jak się okazuje mogło, w dodatku całkiem sporo – najwidoczniej to, co świetnie sprawdza się na teatralnych deskach, w beletrystyce traci siłę wyrazu. Pomysł był prosty i nie nowy, wykorzystany już bowiem przez twórców Projektu Szekspir, mimo to intrygujący: opowiedzieć na nowo historię wykreowaną ponad czterysta lat temu przez jednego z najwybitniejszych dramaturgów świata. Edward St Aubyn dość wiernie trzymał się pierwowzoru, nie przeniósł jednak, rzecz jasna, opowieści o mitycznym królu Brytanii jeden do jednego: pozmieniał nazwiska, akcję umieścił w XXI wieku, zrobił wypad do USA, a zamiast rodziny królewskiej postawił na współczesną arystokrację pieniądza. Szekspirowski król Lear zmienił się więc w potentata medialnego Henry’ego Dunbara, człowieka równie potężnego, co znienawidzonego, który w jesieni życia trafia na równego sobie przeciwnika. A właściwie przeciwniczki, bezwzględnego osiemdziesięciolatka pokonują bowiem jego własne córki. Chcąc przejąć kontrolę nad rodzinnym imperium Abigail i Megan zamykają ojca w domu opieki i próbują przekonać świat o jego niepoczytalności. Dunbar ucieka jednak z ośrodka i szuka pomocy u najmłodszej z córek, którą wcześniej w przypływie wściekłości wydziedziczył.

DSC01023-2

Poprzednimi powieściami, m.in. rewelacyjnym cyklem o Patricku Melrose, Edward St Aubyn dał się poznać jako genialny portrecista współczesnych klas wyższych. Tym razem również nie oparł się ulubionej tematyce i pozostał w środowisku bajecznie bogatych, choć nie koniecznie szlachetnie urodzonych Brytyjczyków. Osadzenie akcji w świecie mediów było ciekawym pomysłem, widać też że autor świetnie bawi się nawiązaniami do dzieła Williama Szekspira, a uczucie to udziela się czytelnikowi. St Aubyn pozostał tym samym mistrzem pióra, który stworzył pentalogię o uzależnionym od narkotyków Patricku Melrose – jego erudycja, wyczucie stylistyczne i dar prowadzenia narracji przebijają w niemal każdym zdaniu. Powieści Dunbar jest jednak równie daleko do poprzednich dokonań autora, jak Koluszkom do miana światowej metropolii.

Co nie zagrało? Przede wszystkim konstrukcja postaci, zarówno tych pierwszoplanowych, jak i pobocznych. Pod tym względem Dunbar bardziej przypomina wypracowanie piątoklasisty niż powieść autora cyklu o Patricku Melrose, znanego jako wnikliwy obserwator ludzkiej natury, dbający o emocjonalną wiarygodność swoich bohaterów. W nowej powieści autor poniechał jednak najwyraźniej portretów psychologicznych stosując jedynie szkice, w dodatku zupełnie nieudane, tworzone przy użyciu wyłącznie dwóch barw: czerni i bieli. Florence jest tak doskonale dobra, jak jej siostry okrutne i wyuzdane, sam Dunbar przechodzi wprawdzie psychiczną metamorfozę, jest ona jednak absolutnie niewiarygodna. Jo Nesbø, tworząc literacki remake Makbeta, miał o wiele trudniejsze zadanie, zdołał jednak tchnąć życie w jednowymiarowych bohaterów wykreowanych przez Williama Szekspira. Pomysł, by umieścić akcję w świecie mediów był dobry, nie został jednak odpowiednio wykorzystany – o tym, że tabloidy są złe, a między największymi koncernami trwa zaciekła rywalizacja można było przeczytać już wcześniej i to w lepszym wykonaniu. Pierwszy z problemów miał ogromny potencjał i mógł stanowić świetną motywację metamorfozy psychicznej Dunbara, gdyby Edward St Aubyn poświęcił mu nieco więcej uwagi. Wątek wielebnego Simona Fielda, będącego rodzajem nemezis głównego bohatera, można było rozbudować z korzyścią dla powieści. W warstwie tekstowej jest nieco lepiej, o ile jednak partie narracyjne zachowują wysoki poziom, o tyle dialogi sprawiają wrażenie, jakby Edward St Aubyn zapatrzył się w twórczość Paulo Coelho. Pisarz zachował przesłanie płynące z dramatu Williama Szekspira, cóż z tego jednak, skoro zagubiło się ono w melodramacie rodem z meksykańskiej telenoweli, w którą z każdą kolejną stroną zmienia się Dunbar. W powieści zabrakło też finezji i lekkości, która mimo niezwykle trudnego tematu cechowała serię Patrick Melrose.

Czy warto czytać Dunbara? Tak, pomijając liczne niedociągnięcia powieść stanowi bowiem dość ciekawą reinterpretację klasycznej historii o władzy i przebaczeniu. Zawierającą ponadto kilka naprawdę dobrych, przykuwających uwagę czytelnika scen, jak choćby ucieczka Dunbara z domu opieki, którą przeprowadza w towarzystwie uzależnionego od alkoholu komika i cierpiącej na demencję staruszki, czy też spotkanie z tajemniczym pastorem. Z jednym jednak zastrzeżeniem: jeśli Dunbar miałby być pierwszym spotkaniem z twórczością Edwarda St Aubyna, lepiej go na pewien czas poniechać i zacząć od pentalogii o Patricku Melrose.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. i portalowi Duże Ka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s