(Nie)doskonały obcy: „Tam gdzieś musi być niebo” Elii Suleimana

Ironia i minimalizm rządzą w najnowszym filmie Elii Suleimana – opowieści o poszukiwaniu tożsamości, wyobcowaniu, strachu i samotności. Mniej zwariowanej niż Boska interwencja, a jednak równie surrealistycznej i dającej do myślenia.

On robi śmieszne filmy – mówi jeden z bohaterów Tam gdzieś musi być niebo zachwalając artystyczny dorobek Elii Suleimana. I faktycznie, palestyński reżyser robi (przeważnie) filmy śmieszne, stanowiące rodzaj krzywego zwierciadła odbijającego otaczającą go rzeczywistość. Boska interwencja była filmową jazdą bez trzymanki, Tam gdzieś musi być niebo to jednak dzieło znacznie spokojniejsze, które dość trudno określić mianem typowej komedii. Zawarty w nim humor jest bardziej dyskretny i wyważony, skłaniający raczej do refleksji niż powodujący zerwanie boków ze śmiechu. Kluczem do akceptacji filmów Elii Suleimana, w tym także najnowszego Tam gdzieś musi być niebo, jest zrozumienie i polubienie ich konwencji – Palestyńczyk lubuje się w surrealizmie, grotesce i absurdzie, garściami czerpie ze stylistyki kina niemego i komedii slapstickowej, mocno inspiruje się teatrem. Taką konwencję albo się kupuje w całości, albo odrzuca – raczej nie ma tu miejsca na półśrodki.

7909417.3

W ciągu blisko stu minut filmu główny bohater, zachowujący pozycję biernego obserwatora, wypowiada zaledwie dwa równoważniki zdań, poza tym jego twarz przypomina maskę, a środki aktorskiego wyrazu ograniczają się do podniesienia lub zmarszczenia brwi. Tam gdzieś musi być niebo to film niemal całkowicie pozbawiony fabuły – przypomina raczej ciąg sekwencji, niekoniecznie logiczny i spójny. Poszczególne sceny nie zawsze wynikają z siebie nawzajem tworząc coś w rodzaju ruchomych winietek mocno nasyconych symboliką – dość łatwo czytelną dla widzów znających wcześniejsze dokonania Elii Suleimana, trudniejsze do zdekodowania dla pozostałych. Mimo pozornego braku spoiwa sekwencje te tworzą opowieść, w dodatku wciągającą i intrygującą – opowieść o absurdach współczesnego świata i jednostce: kruchej i wyobcowanej, doświadczającej strachu i samotności w obliczu przerażającego kierunku, w którym ten świat zmierza. Główny bohater, stanowiący alter ego reżysera i przez niego odgrywany, włóczy się po rodzinnym Nazarecie dostrzegając absurdy życia w jednym z najświętszych miast chrześcijaństwa, następnie podróżuje do Paryża i Nowego Jorku, po czym wraca do Palestyny. W Europie próbuje pozyskać producenta dla swojego najnowszego filmu, w USA jest gościem uczelni filmowej i zjazdu palestyńskich emigrantów. To obywatel świata, który nie ma problemu z przekraczaniem granic, zarówno państwowych, jak i kulturowych – doskonały obcy, dobrze czujący się na tzw. Zachodzie, a jednak pozostający osobą z zewnątrz. Reżyser zdaje sobie sprawę, że od własnej tożsamości nie da się uciec, a trawa nie zawsze jest bardziej zielona w ogródku sąsiada – na całym świecie można bowiem dostrzec te same problemy i absurdy, na czele ze wszechobecną przemocą i społecznym napięciem wynikającym z konfliktów geopolitycznych.

Elia Suleiman rzadko porusza kwestię palestyńską wprost – w Tam gdzieś musi być niebo zrobił jednak wyjątek, dedykując zresztą film swojej ojczyźnie. I zawierając w nim dość gorzką konstatację odnośnie zainteresowania świata konfliktem izraelsko-palestyńskim – zainteresowaniem mocno powierzchownym, wyrażanym na pokaz i nie do końca świadomie. Podczas podróży reżyser widzi amerykańską dziewczynę, której aktywizm ogranicza się do noszenia pro palestyńskiego napisu na biuście, emigrantów wznoszących okrzyki na cześć ojczyzny i nie robiący nic poza tym, oraz producenta odrzucającego scenariusz jego filmu jako „za mało palestyński”, bo mogący mieć miejsce wszędzie na świecie. Elia Suleiman twierdzi, że poprzez swoją sztukę nie tyle domaga się sprawiedliwości, co zadaje pytanie. W przypadku Tam gdzieś musi być niebo to pytanie zdaje się brzmieć: tylko na tyle was stać?

Palestyński reżyser pokazuje świat w krzywym zwierciadle, co nie oznacza jednak, że jest do niego negatywnie nastawiony. Wręcz przeciwnie, główny bohater przypomina wiecznie zdziwione dziecko całym sobą chłonące otaczającą go rzeczywistość – podziwiające w zaskoczeniu, ale z zainteresowaniem. Spojrzenie Suleimana jest wprawdzie ironiczne, ale pełne ciepła i całkowicie pozbawione złośliwości. Sam reżyser w wywiadach podkreślał, że jego celem było sprowokowanie dyskusji, nie poprzez konfrontację jednak, a za pomocą humoru i burleski.

Tam gdzieś musi być niebo nie jest najlepszym filmem w dorobku Elii Suleimana. Momentami irytuje nadmiernym manieryzmem, jednocześnie jednak zachwyca wizualnym pięknem. To film genialnie nakręcony, z pierwszorzędnym kadrowaniem, plastycznymi kolorami i kompozycją nadającą wrażenie sennego marzenia. Okraszony ponadto genialną wręcz muzyką, od arabskiego popu począwszy na Leonardzie Cohenie kończąc – ale czy mogło być inaczej, skoro funkcję konsultantki muzycznej pełniła Yasmine Hamdan? Film Elii Suleimana był palestyńskim kandydatem do Oscara. Nominacji nie otrzymał, przez polskie kina przemyka więc niemal niezauważony – jak to w przypadku większości arabskich filmów bywa. A szkoda, bo choć nie jest to obraz łatwy w odbiorze, to z pewnością jest wart obejrzenia. I przemyślenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s