Szukając siebie: „Matthias i Maxime” w reż. Xaviera Dolana

Matthias i Maxime raczej nie będzie zaliczany do najlepszych filmów w reżyserskim dorobku Xaviera Dolana, wciąż jednak jest to wartościowe i miłe dla oka kino, któremu warto poświęcić dwie godziny życia.

Rzeczywistość Maxime’a (Xavier Dolan) to ustawiczne kłótnie z uzależnioną od alkoholu matką, praca w barze i kompleksy spowodowane znamieniem na twarzy. Aby uciec od życiowego niespełnienia chłopak decyduje się na dwuletni wyjazd do Australii, zanim to jednak nastąpi wybiera się na męski wypad za miasto z grupą przyjaciół. Do paczki należy m.in. Matthias (Gabriel D’Almeida Freitas), poukładany trzydziestolatek z dobrą posadą i konkretnymi planami na przyszłość. Beztroską zabawę na moment przerywa prośba Eriki (Camlle Felton), siostry gospodarza, szukającej aktorów do studenckiej etiudy. Pada na Matthiasa i Maxime’a, których zadaniem jest odegranie sceny pocałunku.

Błądzić jest rzeczą ludzką, a z pewnością młodzieńczą, kiedy jak nie wówczas można sobie bowiem pozwolić na niemal bezkarne próby i eksperymenty? Xavier Dolan również pobłądził – zaliczył wpadkę swoim anglojęzycznym debiutem, po nieco ponad roku wraca jednak do dawnej formy kameralną i przepełnioną czułością opowieścią o pożądaniu i miłości. W szerszym kontekście Matthias i Maxime to portret pokolenia trzydziestolatków, którzy jedną nogą wciąż tkwią w nieco przedłużonym dzieciństwie, drugą zaś robią krok w stronę stabilnego życia zawodowego i osobistego. Z jednej strony niemal desperacko próbują ocalić swoje wewnętrzne dziecko, z drugiej jednak czują, że najwyższy czas zamienić sprane dżinsy na garnitur i pasujący do niego krawat. Najbliżej podjęcia ostatecznej decyzji o „dorośnięciu” jest Matthias, pracujący w należącej do jego ojca korporacji i stojący tuż przed perspektywą obiecującego awansu. Coraz mocniej myśli o odcięciu się od paczki przyjaciół i skupieniu na karierze, choć czuje się przy tym jak roślina w gabinecie swego przełożonego – usychająca, a wreszcie wyrzucona na śmietnik. Już teraz wie, że prawnicze korpo potraktuje go dokładnie tak samo: przeżuje, wyciśnie wszystkie soki, po czym pozbędzie się go niczym zbędnego balastu. W przeciwieństwie do niego, Maxime nawet nie myśli o stabilizacji, nie przeszkadza mu, że jako trzydziestolatek wciąż stoi za barem i zamierza robić to nawet po wyjeździe do Australii. Jego celem nie jest kariera i tzw. udane życie, lecz ucieczka. Przed czym? Przede wszystkim przed toksyczną matką, zatruwającą mu codzienne życie. Brat chłopaka uciekł już dawno, nie utrzymuje kontaktów z rodziną, odciął się od przeszłości i swoich bliskich, teraz Max zamierza iść w jego ślady. Chociaż nie, niezupełnie – chłopak poczuwa się jednak do odpowiedzialności za uzależnioną od alkoholu matkę i zapewnia jej opiekę i środki do życia. Max ucieka też przed samym sobą – z całej paczki przyjaciół to on najmniej do niej pasuje: nie wierzący w siebie, zagubiony w otaczającym go świecie i w jakimś sensie do niego nie przystający.

mm-plakatpl-lq

Matthias i Maxime mają też inny problem, u progu ostatecznej dorosłości niespodziankę sprawiła im bowiem ich własna seksualność. Matthias, dotąd raczej pewny swojej hetero orientacji i uczucia do narzeczonej Sary (Marilyn Castonguay), po wymuszonym pocałunku zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości. Max wydaje się bardziej pogodzony z zaburzonym obrazem własnej tożsamości seksualnej, a może już wcześniej, mimo pociągu do koleżanki z pracy, podejrzewał, że to, co wydawało mu się oczywiste, bynajmniej takim nie jest – tego Xavier Dolan widzowi jednak nie wyjaśnia. Niemniej, Max, choć zagubiony, nie walczy z samym sobą tak jak Matthias, desperacko wypierający się swojej homoseksualności. W baśniach pocałunek rozbudzał księżniczkę, dosłownie i w przenośni budząc jej drzemiącą dotąd seksualność, u Dolana równie niewinny pocałunek prowadzi do rewizji samoświadomości płciowej. W tym kontekście nowy film kanadyjskiego reżysera jawi się jako opowieść o poszukiwaniu tożsamości płciowej oraz naturze męskiej przyjaźni – w oczach Dolana nieco powierzchownej, skupionej raczej na wspólnej zabawie niż prawdziwym byciu ze sobą. Opowieści dobrze pomyślanej i równie udanie poprowadzonej pod względem narracyjnym.

Xavier Dolan nie byłby sobą, gdyby nie puścił widzowi oczka, jest więc w jego nowym filmie element sarkazmu i przewrotności. Chodzi o słabo wprawdzie zarysowany, ale napędzający całą fabułę wątek kina, zwłaszcza kina ambitnego i jego odbioru przez publiczność. Stuknięta Erika to ukazana w krzywym zwierciadle kwintesencja wszystkich twórców kina artystycznego, postrzeganych jako oderwani od rzeczywistości, zakochani w sobie i swojej pracy, przeintelektualizowani ekscentrycy. Sama sztuka jawi się natomiast u Dolana nie tylko jako potencjalne katharsis, ale też jako źródło wyzwolenia i wiedzy o nas samych – intrygujące spojrzenie, które w całym filmie najmocniej przykuło moją uwagę.

Obraz Matthias i Maxime określany jest jako nowoczesne love story, długo jednak nie wpisuje się w konwencję gatunku. Głównie przez dystans, a nawet chłód, panujący między tytułowymi bohaterami – dystans od początku zamierzony przez reżysera i przydający całej historii wyjątkowego klimatu. Namiętność nie wylewa się tu z ekranu, ma raczej podskórny, ukryty charakter, dla wrażliwego widza jest jednak doskonale wyczuwalna. Xavier Dolan stworzył film zaskakująco prosty, kameralny i intymny, nie odwołujący się do wielkich pytań egzystencjalnych, lecz wciąż dużo mówiący o nas samych. I tak, historia budzącej się miłości między parą przyjaciół nie jest przesadnie oryginalna, ba! – bez większej przesady można ją nawet określić jako banalną. Kanadyjski filmowiec opowiedział ją jednak w ciekawy i pełen niezaprzeczalnego wdzięku sposób, równie mocno akcentujący świetnie napisane dialogi, jak i subtelną grę spojrzeń i ukradkowych gestów. Xavier Dolan po raz kolejny wykazał się nie tylko artystyczną wrażliwością, ale i uchem do niezobowiązujących rozmów i umiejętnością prowadzenia aktorów – aktorstwo jest w Matthias i Maxime tak naturalne i szczere, że film momentami przypomina reality show, w którym kamera (przynajmniej teoretycznie) rejestruje spontaniczne zachowanie uczestników. I choć Matthias i Maxime raczej nie będzie zaliczany do najlepszych filmów w reżyserskim dorobku Xaviera Dolana, bez wątpienia jest to wartościowe i miłe dla oka kino, któremu warto poświęcić dwie godziny życia.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Duże Ka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s