Miasto zbrodni: „Bez reszty” Wojtka Miłoszewskiego

Wojtek Miłoszewski ma ewidentny talent do tworzenia nieszablonowych postaci, fajne poczucie humoru i świetny zmysł dialogowy. Wie też, jak poprowadzić narrację i wykreować intrygę, by czytelnikowi trudno się było od jego książki oderwać. I dlatego Bez reszty czyta się zaskakująco dobrze, jak na ilość zawartych w niej niedociągnięć.

Kraków, 1990 rok. W nocnej strzelaninie ginie naczelnik sekcji kryminalnej policji. Tymczasem na ulicach miasta coraz śmielej poczyna sobie nowo powstała grupa przestępcza, sprawiając, że żaden z mieszkańców, nawet niezbyt zamożny pracownik MPO, nie może się czuć bezpiecznie. Walka z bandytami spoczywa na barkach Kastora Grudzińskiego, ten jednak ma do pomocy jedynie wiecznie zapijaczonego sierżanta i ściągniętego ponownie do służby emeryta, do dyspozycji natomiast wyłącznie zdezelowanego dużego fiata. Co więcej, nowy zwierzchnik każe mu pracować zza biurka, twierdząc, że to najbardziej skuteczny sposób łapania przestępców.

Mam słabość do kryminałów retro, do czego wielokrotnie się na tym blogu przyznawałam i czego nie zamierzam się wypierać. Nawet jeśli, tak jak w przypadku powieści Bez reszty, owo retro jest stosunkowo mało odległe, bo sięgające zaledwie trzydzieści lat wstecz, do czasów, które, niestety, dość dobrze pamiętam. Na szczęście nie od strony opisywanej przez Wojtka Miłoszewskiego, czyli pracy policji i kształtowania się przestępczości zorganizowanej. Pod względem przedstawienia realiów tego okresu powieść o Kastorze Grudzińskim może zastąpić podręcznik historii, autor opisuje je bowiem niezwykle plastycznie. Transformacja systemowa dopiero się rozpoczyna, a nadzieja miesza się z beznadzieją typowej polskiej zimy: szarej, burej i ponurej. Wygrywa ten, kto potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości i wykorzystać okazje jakie ona daje, nie zawsze zresztą legalne. Kastor Grudziński do tej grupy Polaków nie należy, zamiast bowiem sprzedawać nowoczesny, zagraniczny sprzęt biurowy, chce realizować misję zapewniania mieszkańcom Krakowa spokoju i bezpieczeństwa. Milicja dopiero co stała się policją, poza nazwą wiele się jednak nie zmieniło – nadal króluje kolesiostwo, alkohol w godzinach pracy to norma, z góry przychodzą absurdalne wytyczne, a przede wszystkim brakuje funduszy, nawet na przyzwoite pensje dla funkcjonariuszy. Efekt? Kastorowi permanentnie odcinają prąd, bo zalega z rachunkami, w służbowym samochodzie trzeba trzymać drzwi, bo otwierają się w czasie jazdy, a szef nakazuje większość część dnia pracy spędzać za biurkiem. Tymczasem na ulicach miasta pojawia się nowy narkotyk, bandyci wymuszają haracze od sklepikarzy i drobnych przedsiębiorców, a zorganizowana grupa porywa dzieci bogatszych mieszkańców grodu Kraka. Wszystko to Wojtek Miłoszewski serwuje czytelnikowi z werwą i wiarygodnością, tak że ma się wrażenie stąpania po mroźnym Krakowie razem z Kastorem i jego pomocnikami. Owa plastyczność opisu stanowi największą zaletę książki, choć rzecz jasna, nie jedyną. Autor Bez reszty ma niekłamaną zdolność do prowadzenia narracji – fabuła jest nie tylko ciekawa, ale też przemyślana i spójna, a sposób jej rozwinięcia jak najbardziej satysfakcjonujący. Miłoszewski wie, kiedy podkręcić tempo akcji, a kiedy zwolnić przechodząc na wątki poboczne – dzięki temu powieść czyta się naprawdę dobrze i dość trudno przerwać lekturę i wrócić do realnego życia. Co więcej, autor ma doskonałe ucho do dialogów, co w polskiej literaturze kryminalnej nie jest, niestety, oczywistością.

Tyle plusów, czas na minusy, których jest, niestety, równie dużo. Minus pierwszy: styl. Nie ma bata – nie przekona mnie do siebie pisarz posługujący się krótkimi zdaniami, a to jest właśnie pisarska maniera Wojtka Miłoszewskiego. Treść złożona ze zdań aż krzyczących, by połączyć je spójnikiem lub przecinkiem przypomina bardziej rozprawkę piątoklasisty niż powieść – czytać się ją da, ale z umiarkowaną przyjemnością. Miłoszewski potrafi pisać lepiej, co widać, gdy tylko zaczyna używać rzeczonych spójników i stosować zdania podrzędnie złożone – tekst od razu nabiera płynności, a satysfakcja z lektury wyraźnie wzrasta. Jeśli pójdzie tą drogą, będzie miał we mnie może nie zagorzałą, ale wierną czytelniczkę. Minus drugi: wątek prywatnego życia Kastora. Ktoś kiedyś powiedział, że w polskiej literaturze nie ma porządnie opisanej sceny seksu i, niestety, Wojtek Miłoszewski tej opinii nie zmieni. Jest kiepsko, a co więcej, nie o sam seks chodzi. Historię miłosną Kastora należałoby rozpisać na co najmniej dwa tomy, by nabrała wiarygodności (chyba że autor uważa kobiety za rozhisteryzowane idiotki, które nie wiedzą czego chcą), nie mówiąc już o odjęciu sporej warstwy lukru z jej początkowych opisów. W obecnym kształcie wypada do bólu pretekstowo, jako słabo poprowadzona zapchajdziura między kolejnymi opisami policyjnych dokonań Kastora. Minus trzeci: zakończenie. Intrygujące i oryginalne, ale też wyraźnie niedopracowane. Sprawiające wrażenie tworzonego na cito, bo redaktor prowadzący tupie nogą, wymownie zerkając na zegarek, a w głowie autora pisze się już prolog do trzeciego tomu serii. Niestety, nie tędy droga, przynajmniej jeśli chce się tworzyć prawdziwą literaturę, a nie książkowe produkcyjniaki.

Konkluzja? Wojtek Miłoszewski dobrze rokuje, choć raczej nie jest to coś, co chciałby usłyszeć pisarz wydający właśnie piątą powieść. Ma ewidentny talent do tworzenia nieszablonowych postaci, niestety – głównie męskich, fajne poczucie humoru i świetny zmysł dialogowy. Wie też, jak poprowadzić narrację i wykreować intrygę, by czytelnikowi trudno się było od jego książki oderwać. I dlatego Bez reszty czyta się zaskakująco dobrze, jak na ilość zawartych w niej niedociągnięć.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s