Ring! Książka vs. Film: „Rebeka” Daphne du Maurier i Netfliksa

Nie wiem, po co powstała nowa ekranizacja powieści Daphne du Maurier, z pewnością jednak nie po to, by powiedzieć coś nowego lub wejść w polemikę z literackim pierwowzorem lub jego klasyczną adaptacją dokonaną przez Alfreda Hitchcocka. Reżyser Ben Wheatley wraz z trójką scenarzystów wyrwał powieści pazury, niemal gotycką opowieść o miłości, nienawiści, emancypacji kobiet i przemianach klasowych redukując do mdłego, ckliwego romansidełka.

Monte Carlo, lata 30. XX wieku. Młoda dziewczyna pracuje jako dama do towarzystwa zamożnej, lecz prostackiej pani Van Hopper. Podczas pobytu na południu Francji poznaje bogatego wdowca z wyższych sfer, Maxima de Wintera. Po krótkiej znajomości mężczyzna proponuje jej małżeństwo, a po ślubie zabiera ją do rodzinnej posiadłości Manderley w Kornwalii. Tam dziewczyna zaczyna rozumieć, że wciąż musi rywalizować z pamięcią o zmarłej Rebece – kobiecie pięknej, powszechnie szanowanej i kochanej. Pierwsza pani de Winter była tym, kim jej następczyni z racji swego pochodzenia i braku wykształcenia być nie jest w stanie: doskonałą panią domu, elokwentną bywalczynią salonów i czarującą kobietą.

Ależ ja nie cierpię kategorycznie wygłaszanych stwierdzeń w stylu: Hitchcocka nic nie przebije. Po pierwsze: skąd ta pewność? Lepszy zawsze może się pojawić, gdyby tak nie było rekord w biegach długodystansowych wciąż należałby do Filippidesa, który w 490 roku p.n.e. przebiegł z Maratonu do Aten, by poinformować mieszkańców miasta o zbliżającym się ataku perskiej armii. Po drugie: podcinanie skrzydeł młodszym pokoleniom twórców jest zwyczajnie słabe. Ponownie bowiem: gdyby wszyscy artyści uznali, że nie prześcigną żadnego mistrza, w sztuce nie wyszlibyśmy poza malowidła naskalne z wyspy Sulawezi. Nie lubię więc, tym razem muszę jednak przyznać malkontentom rację: Hitchcocka ponownie nie udało się przebić. Nie wiem, po co powstała nowa ekranizacja powieści Daphne du Maurier, z pewnością jednak nie po to, by powiedzieć coś nowego lub wejść w polemikę z literackim pierwowzorem bądź jego klasyczną adaptacją, będącą dziełem mistrza filmowego suspensu.

Rebeka Daphne du Maurier to na pierwszy rzut oka powieść o wchodzeniu w dorosłość i pierwszej, naiwnej miłości. Pod tym delikatnym obyczajowym naskórkiem kryje się jednak znacznie głębsza historia o zmieniających się relacjach klasowych w Wielkiej Brytanii, emancypacji kobiet, i naturze małżeństwa. Daphne du Maurier zręcznie miesza gatunki literackie, zaczynając od romansu i powieści inicjacyjnej, przechodząc przez thriller i dramat psychologiczny, na rasowym kryminale kończąc. Wszystko to okrasza łatwo wyczuwalną, choć podskórną atmosferą grozy, zbliżającą powieść do gotyku amerykańskiego południa. Narratorkę poznajemy jako skromną, dobrze ułożoną panienkę, pochodzącą z niższych warstw społecznych. Jest niewyrobiona towarzysko, do życia podchodzi z niewinnością i otwartością dziecka, a rzeczywistość postrzega przez pryzmat przeczytanych książek – romantycznie i naiwnie. Nieoczekiwanie dziewczyna wkracza w zupełnie obcy jej, i jak się szybko okazuje dość wrogi, świat angielskiej socjety, rządzony przez surowe zasady etykiety i pozory, często ukrywające brzydką rzeczywistość. Nowa pani de Winter porusza się w tym świecie niczym słoń w składzie porcelany – słoń niezdarny, a jednak pełen wdzięku, który ratuje go od towarzyskich wpadek. Dziewczyna musi się zmierzyć nie tylko z nowymi dla niej realiami codziennego życia, ale też ze swoją poprzedniczką w roli pani na Manderley – Rebeka nie umarła bowiem całkowicie. Jej obecność w posiadłości de Winterów jest wręcz namacalna: dusząca młodą następczynię, odbierająca radość życia i zasnuwająca mrokiem pierwsze miesiące jej małżeństwa. Dzień po dniu dziewczyna odkrywa kolejne mroczne sekrety rodziny de Winterów – gdy wreszcie poznaje jednak prawdę stojącą za pierwszym małżeństwem Maxima prawdopodobnie jest za późno, by uratować ich wspólną, szczęśliwą przyszłość. A przynajmniej przyszłość w Manderley.

Banalna historia jakich wiele w literaturze i kinie? Być może byłaby taka w rękach innego pisarza, Daphne du Maurier zdołała uczynić zeń jednak fascynującą historię rodzinnego dramatu, wielkiej miłości i równie wielkiej nienawiści, która odciska swe piętno nawet zza grobu. Nastrój niepokoju, atmosfera narastającej paranoi, umiejętnie stopniowane napięcie, utajony erotyzm i świetne pióro autorki czynią z Rebeki książkę frapującą nawet dziś – ponad osiemdziesiąt lat od premiery. Nic z tego wyjątkowego klimatu nie pozostało, niestety, w najnowszej ekranizacji powieści – Rebeka Netflixa to litania scenariuszowych i reżyserskich grzechów, błędów i zaniedbań, które intrygującą książkę zmieniły w ledwo strawne filmowe romansidełko.

Grzech pierwszy? Fabuła. Rebeka Netfliksa to bardzo wierna ekranizacja, przez blisko półtorej godziny niemal krok w krok podążająca za literackim pierwowzorem. Tę część ogląda się bez bólu, choć także bez większego zainteresowania, reżyserowi nie udało się bowiem wykreować mrocznego klimatu powieści. Brak jest namacalnej, złowieszczej obecności Rebeki, nie czuć atmosfery potęgującego się emocjonalnego prześladowania tak świetnie oddanej przez Daphne du Maurier i Alfreda Hitchcocka. Nie widać też postępującego zaszczucia młodej pani de Winter i jej stopniowej utraty dziecięcej niewinności, która tak fascynowała jej powieściowego męża – w historii opowiedzianej przez Daphne du Maurier dziedzic Manderley pokochał przede wszystkim emocjonalną czystość młodej damy do towarzystwa, dziewczyny, której obce było zepsucie jego pierwszej żony. W powieści stanowi to nader istotny wątek, w filmie zamknięty został w jednym wypowiedzianym przez de Wintera zdaniu. Niedociągnięcia te są efektem zmian i pominięć w stosunku do materiału wyjściowego – owszem, nielicznych, ale jakże brzemiennych w skutki. Scenarzyści wycięli z powieści kilka istotnych scen (choćby telefoniczną rozmowę pani de Winter i pani Danvers, w której ta pierwsza myśli, że służąca chce rozmawiać ze zmarłą właścicielką Manderley), z innych natomiast nie potrafili wycisnąć ich istoty. Całą grozę sytuacji młodej mężatki upchnęli w jednej scenie balu maskowego, która w powieści stanowiła zwieńczenie miesięcy psychicznych męczarni pani de Winter. Co gorsza, mniej więcej w ¾ filmu scenarzyści zorientowali się, że poświęcili zbyt wiele czasu na ukazywanie widoków Monte Carlo i romansu przyszłych państwa de Winterów i zostało im niespełna pół godziny na upchnięcie dobrych stu stron książki. Cięcie materiału przybrało więc na sile, zmiany okazały się jeszcze bardziej kuriozalne niż wcześniej, z żenująco głupią sceną pościgu młodej pani de Winter za dokumentacją medyczną Rebeki. Finał zdaje się w ten sposób doczepiony do reszty na siłę – bez zachowania klimatu i estetyki wcześniejszych sekwencji, nie mówiąc już o sensie fabularnym.

Idźmy jednak dalej – grzech drugi to dobór obsady. Lily James buduje postać młodej pani de Winter z wydętych usteczek, szeroko rozwartych oczu i dziwnego skurczu szyi – nie ma ani pomysłu na swoją bohaterkę, ani warsztatu, by jakikolwiek ewentualny pomysł wcielić w życie. Armie Hammer w roli Maxima radzi sobie nieco lepiej, choć brakuje mu tajemniczości i mroku swego literackiego pierwowzoru. Cóż z tego jednak, skoro między nim a filmową żoną chemii jest mniej niż w ekologicznych poziomkach? Z pierwszoplanowych bohaterów dobrze radzi sobie jedynie Kristin Scott Thomas jako pani Denvers, jej rola została jednak zanadto okrojona, by aktorka była w stanie unieść ciężar filmu na swoich barkach. Grzech trzeci to zdjęcia – owszem piękne, nazbyt pocztówkowe jednak, czyniące z Rebeki spot reklamowy Monte Carlo i Kornwalii. Laurie Rose jest sprawnym operatorem, najwyraźniej jednak pozbawionym finezji, a przez to nie wiedzącym jak pracą kamery podkręcić mrok panujący w Manderley. Mrok, którego nie zdołali uzyskać reżyser i scenarzysta.

Od momentu premiery w 1938 roku powieść Daphne du Maurier doczekała się co najmniej kilkunastu adaptacji, tak filmowych, jak i teatralnych. Ta dokonana przez Bena Wheatley’a z pewnością nie będzie ostatnia, już teraz można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że będzie jedną z tych najmniej wartych zapamiętania.

Ring! Książka vs. Film: 1:0 (wygrana przez nokaut)

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. tanayah pisze:

    „Cóż z tego jednak, skoro między nim a filmową żoną chemii jest mniej niż w ekologicznych poziomkach?” ;D ❤ Muszę koniecznie przeczytać wreszcie książkę, bo to jedna z tych pozycji z klasyki, których jakimś cudem wciąż nie poznałam. Nad filmem mimo wszystko ciągle myślę, może chociaż po to, żeby popatrzeć sobie na Armie'ego Hammera…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s