Przeżyj to jeszcze raz, Sarah: „Palm Springs” Maxa Barbakowa

Film Maxa Barbakowa jest dokładnie tym, czego większość z nas obecnie bardzo potrzebuje. Czym dokładnie? Ciepłą, dającą nadzieję, podnoszącą na duchu, ale nie przesłodzoną opowieścią o miłości, relacjach międzyludzkich i walce z rutyną codzienności.

To mogło być po prostu kolejne wesele znajomych znajomej znajomego, gdyby nie fakt, że Nyles (Andy Samberg) utknął w pętli czasowej i stale przeżywa ten sam dzień od nowa. Każdego ranka po przebudzeniu widzi swoją dziewczynę przygotowującą się do roli druhny, każdego wieczora słyszy wygłaszaną przez nią mowę, tańczy, pije i pływa w basenie. Rutynę tę przełamuje dopiero w tej samej pętli czasowej uwięziona zostaje siostra panny młodej, niepokorna Sarah (Cristin Milioti). Początkowo kobieta rzuca się na nowe możliwości z gorliwością dziecka, które po wyjeździe rodziców zostało samo w domu. Z każdym kolejnym dniem, Sarah zaczyna jednak tęsknić za dawnym życiem, mimo że jednocześnie coraz bardziej zbliża się do Andy’ego.

Amerykańskie komedie? Zazwyczaj omijam szerokim łukiem, po dwumiesięcznym lockdownie byłam jednak tak wyposzczona, że obejrzałabym nawet film Patryka Vegi, byleby tylko wreszcie pójść do kina. Palm Springs, na szczęście, daleko jednak zarówno do filmów Vegi, jak i do typowych hollywoodzkich komedii romantycznych – więcej nawet: obraz Maxa Barbakowa jest dokładnie tym, czego większość z nas obecnie bardzo potrzebuje. Czym dokładnie? Ciepłą, dającą nadzieję, podnoszącą na duchu, ale nie przesłodzoną opowieścią o miłości, relacjach międzyludzkich i walce z rutyną codzienności.

Jasne, fabuła typu „spotyka się dwoje ludzi, coś pomiędzy nimi iskrzy, przeżywają mnóstwo perypetii, by wreszcie pojąć, że są dla siebie stworzeni” to dość wytarty schemat komedii romantycznych, scenarzysta Andy Siara potraktował jednak zwietrzały materiał w świeży i dość nowatorski sposób. Zarówno motyw pętli czasowej, jak i wątek drogi, jaką muszą przejść bohaterowie, by odnaleźć się nawzajem wykorzystano tak, by zaskoczyć nawet widzów, którzy na oglądaniu komedii romantycznych zjedli zęby i są przekonani, że nic, ale to nic nie jest w stanie wprawić ich w zadziwienie. Palm Springs to kwintesencja tego, co nazywam inteligentną rozrywką – zapewniającą odpoczynek od rzeczywistości i grzejącą serce, a jednocześnie nie ubliżającą intelektowi widza. Teoretycznie od początku nie zdradza większych ambicji niż bawienie widza, w praktyce jednak mądrze i bez pouczania mówi o kilku ważnych sprawach. Otoczka w stylu sci-fi służy bowiem za przykrywkę dla poważniejszych rozważań na temat filozofii życia. Brzmi górnolotnie? Niewykluczone, w praktyce jednak scenarzysta inteligentnie stawia pytania o to, czy uciekanie od szarej, męczącej codzienności w nieustanną i pozbawioną konsekwencji zabawę faktycznie jest tak złe, jak się powszechnie uważa? Czy rzeczywistość należy akceptować, czy się od niej odcinać? Rzecz jasna, Palm Springs porusza też ważkie kwestie kompromisów z związku, budowania udanej relacji i życia w zgodzie z samym sobą, a nie społecznymi i rodzinnymi oczekiwaniami. Bez obaw jednak: Andy Siara nie serwuje widzom taniego dydaktyzmu – wszystkie te treści przemycone zostało niejako przy okazji, a okazją to jest przednia zabawa.

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: nawet odbiegające od sztampy rozwiązania fabularne i prawdziwie błyskotliwe dialogi nie byłyby w stanie dźwignąć Palm Springs ponad przeciętność, gdyby nie obsada aktorska. A ta w filmie Maxa Barbakowa jest pierwszorzędna. Między Andym Sambergiem i Cristin Milioti jest ta słynna chemia, której widz poszukuje w każdej parze z komedii romantycznej. Oboje są nieprawdopodobnie wręcz autentyczni, doskonale się uzupełniają i tworzą duet tyleż uroczy, co wiarygodny – w nich się po prostu wierzy, im chce się kibicować i to nie tylko z miłości do filmowych happy endów. Wprawdzie to Andy Samberg otrzymał nominację do Złotego Globu, film nie należy jednak do niego – całe show kradnie doskonała Cristin Milioti. Sambergowi nic zarzucić nie można, jego partnerka ma jednak w sobie tak niezwykłą charyzmę i wdzięk, że trudno oderwać od niej oczy – chce się jej na ekranie wciąż więcej, do tego stopnia że fragment, w którym nagle znika z domu wyraźnie odstaje jakością od reszty filmu.

Jest więc mądrze, ale bez przesadnego moralizowania, jest zabawnie, ale nie po amerykańsku wulgarnie, jest więc wreszcie romantycznie, choć nie słodko-cukierkowo – nawet zakończenie nie wylewa na widzów tony różowego lukru. Nie wiem, czy w normalnych okolicznościach Palm Springs podobałby mi się w takim samym stopniu, w obecnych sprawdza się jednak znakomicie – to półtorej godziny oderwania od ponurej rzeczywistości i zastrzyk pozytywnych emocji. A czegóż jak nie tego potrzebujemy teraz najbardziej?

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Duże Ka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s