Wolność słowa: „Czwarta władza” Stevena Spielberga

Czwarta władza to film ważny i potrzebny. Jego siłę należy jednak oceniać raczej ze względu na znaczenie społeczne niż walory artystyczne.

Stany Zjednoczone Ameryki, 1971 rok. Redakcja lokalnego dziennika The Washington Post otrzymuje tajny raport ujawniający szokujące fakty na temat amerykańskiej obecności w Wietnamie. Administracja prezydenta Nixona robi wszystko, by zablokować publikację kompromitującego materiału, a właścicielka gazety (Meryl Streep) staje przed dylematem: stanąć do walki o wolność słowa czy chronić przyszłość swojej firmy.

the-post_main-poster_golden-globe_1920

Czwarta władza weszła na ekrany polskich kin w bardzo dobrym momencie, jej tematem jest bowiem rola, jaką prasa powinna odgrywać w społeczeństwie obywatelskim. Politykom film Stevena Spielberga przypomina, że próby ograniczenia wolności mediów to zamach na podstawę demokracji, dziennikarzom i koncernom medialnym ożywia natomiast w pamięci takie ideały jak odpowiedzialność za słowo, rzetelność informacji, dążenie do prawdy i stanie po stronie rządzonych, a nie rządzących. Media – przypomina Spielberg – mają stanowić swego rodzaju aparat kontroli wobec administracji rządowej, ich zadaniem jest nieustanne patrzenie rządzącym na ręce i informowanie społeczeństwa o wszelkich poczynaniach władz. Jestem przekonana, że znaczna część moich kolegów po fachu, zwłaszcza z mojego pokolenia i starszych, Czwartą władzę oglądała z nostalgią, kto z nas nie chciał bowiem uprawiać takiego dziennikarstwa zaczynając studia lub pierwsze staże w redakcjach? Dziennikarstwa zaangażowanego w coś więcej niż śledzenie drogi matki Madzi na rozprawę sądową, walczącego o prawo do informacji istotniejszej niż kolor sukienki prezydentowej podczas ślubu jej córki. Steven Spielberg umieścił akcję swego najnowszego filmu w latach 70., gdy istniało jeszcze coś takiego jak etos dziennikarza, a wysoka jakość dostarczanej informacji stanowiła o poczytności gazety. Czwarta władza nie jest jednak wyłącznie peanem na cześć niezłomnej postawy dziennikarzy The Washington Post w starciu z wrogą im administracją prezydenta Richarda Nixona – owszem, Spielberg gloryfikuje walkę żurnalistów o zachowanie ideałów ojców-założycieli, nie zapomina jednak również o pokazaniu drugiej strony medalu. Porzucając charakterystyczny dla siebie pomnikowy styl narracji reżyser akcentuje konflikt interesów, w jaki uwikłani byli dziennikarze przyjaźniący się z prominentnymi politykami, oraz nie do końca chwalebną motywację popychającą ich do publikacji tajnych materiałów. Ben Bradlee  (Tom Hanks) widzi w niej bowiem nie tylko możliwość ujawnienia rządowych machlojek, ale i szansę na wyprzedzenie konkurencji, głównie w postaci New York Times’a. Dylematy Kay Graham nie dotyczą natomiast wzniosłych kwestii praworządności, lecz możliwego spadku cen akcji The Washington Post po publikacji raportu.

Steven Spielberg zapuszcza się ponadto na grunt feministyczny i można tylko żałować, że wątek ten nie został mocniej rozbudowany. Poprzez postać Kay Graham filmowiec pokazuje bowiem stosunkowo niską pozycję społeczną kobiety, która nawet stojąc na czele dużego koncernu musi opuszczać salon w momencie, gdy mężczyźni zaczynają pytać: co tam panie w polityce? Czwarta władza wyraźnie wskazuje, że miejsce amerykańskiej kobiety lat 70. XX wieku było głównie w kuchni, ewentualnie na eleganckich przyjęciach, a jeśli już w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa to raczej w roli ozdoby niż realnej siły sprawczej. Kay Graham powszechnie lubiano, mało kto jednak faktycznie ją poważał, nawet własny ojciec zdecydował się przekazać rodzinną firmę zięciowi, a nie córce. Los bywa jednak przewrotny, i jakby w akcie rewanżu, decyzję o przyszłości The Washington Post przekazał właśnie w niepewne, drżące ręce Kay. Ta zaś pokazała, że z całej gromady mężczyzn stanowiących radę nadzorczą jej koncernu, jako jedyna jest w stanie podjąć prawdziwie męską decyzję.

Akcja Czwartej władzy nie obfituje w dynamicznie następujące po sobie wydarzania i zaskakujące zwroty fabuły – wszystko rozgrywa się tu raczej na poziomie słów niż zdarzeń. Dominują dialogi, i choć nie można odmówić im błyskotliwości, nie wykluczone, że to one właśnie ponoszą winę za nieco zbyt długi rozbieg filmu. Pierwszych trzydzieści minut może widza nużyć, choć z pewnością nie nudzić – na to nie pozwala obecność Meryl Streep na ekranie. Gwiazda dosłownie podporządkowuje sobie przestrzeń filmową, i choć Tom Hanks dzielnie stara się dotrzymać jej kroku, to do niej należy ten film. Świetną robotę wykonał operator Janusz Kamiński, którego zdjęcia podkreślają zarówno duszną atmosferę redakcji, jak i niemal mityczny charakter drukarni, w której powstawały kolejne numery The Washington Post. Egzaminu nie zdaje natomiast sposób pokazywania prezydenta Nixona – zawsze filmowanego z oddalenia i ukrytego w cieniu niczym demoniczny gangster lub istota z piekła rodem. Bardziej to śmieszy niż przeraża, i ujmuje powadze całego filmu.

Czwartą władzę ogląda się dobrze, bo też jest to film sprawnie nakręcony i świetnie zagrany. Oprócz nutki nostalgii za czasami minionymi nie ma w nim jednak większych emocji, choć niewykluczone, że to nie twórcy obrazu ponoszą za to winę, lecz fakt, że widz z góry zna zakończenie. Znacznie trudniej odczuwać ekscytację nieznanym niż przeżywać dobrze już znane emocje. Pod względem artystycznym Czwarta władza nie jest najlepszym dziełem Stevena Spielberga, ale też siła tego filmu leży nie tyle w twórczym kunszcie jego autorów, co w przekazie, który ze sobą niesie. Ten natomiast, mimo upływu blisko pół wieku, jest wciąż ważny i na czasie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s